Zastanawialiście się kiedyś nad tym, gdzie leżą Wasze granice w kwestii próbowania rzeczy, których dotychczas nie jedliście? Gdzie leży bariera, której nie jesteście w stanie przekroczyć? Czy za dużo to już larwy jedwabnika, czy dopiero mózg małpy? A może nie ma takich granic?
Wczoraj na facebookowej grupie dedykowanej weganom i wegetarianom ktoś udostępnił post dziewczyny, która dość drobiazgowo opisała, jak w Wietnamie miała okazję zjeść psa, dodała też kilka zdjęć. Lawinowo zaczęły pojawiać się komentarze pełne wulgaryzmów, życzeń szybkiej śmierci i propozycji, by skonsumowała własny płód. To akurat było do przewidzenia, bo temat padł na podatny grunt. Ostatecznie cała ta dyskusja dość szybko została skasowana. Być może dlatego, że vege-people, którzy od jedzenia tofu są tak bardzo zen, wylali z siebie nieprawdopodobną ilość agresji i trochę głupio wyszło.
Co ciekawe, ten sam post na wallu autorki nie wzbudził prawie żadnego zainteresowania, więc po jakimś czasie go odświeżyła. Ponownie odzew był raczej nikły. A przecież tak się zaangażowała, poświęciła aż dwa dni na znalezienie miejsca, w którym skosztuje psiego mięsa. Ostatecznie jej nie smakowało i całą sytuację opisała dość beznamiętnie. Ponieważ vege-people zrobili jej wjazd na fejsa, post finalnie zniknął również jej walla. Zrzuty ekranu z bloga tu i tu.
Sama o sobie pisze: „Nie jestem wegetarianką, nie przejmuję się losami Matki Ziemi i nie rozczula mnie widok wyciągniętej w moim kierunku wychudzonej rączki jakiegoś dzieciaka z ,,trzeciego świata,,, nie jestem przesadnie empatyczna.” No, to już wiemy. Argumentacja, że to „specjalnie wyselekcjonowana rasa” też jest dość bzdurna, bo co to właściwie zmienia? Nic.
Czy mogłabym się teraz bezkarnie na niej przejechać? Mogłabym. Czy znalazłoby się wiele, wiele rąk, które chętnie biłyby brawo? Owszem. Czy byłoby dużo lajków? Wiadomo. Ale populizm jest dla prostych ludzi.
Teraz możemy na to wszystko spojrzeć z kilku stron. Aspekt kulturowy jest dość istotny – w Wietnamie jedzą psy i to ich sprawa. Ta wersja jest najłatwiejsza, bo teoretycznie nic nam do tego i z czystym sumieniem możemy wrócić do swoich obowiązków. My psy trzymamy na kanapach i rozpieszczamy na wszystkie sposoby. Bo pies przyjacielem człowieka jest i basta. Jednak z racji posiadania umiejętności kojarzenia faktów trzeba pójść dalej – psy w Wietnamie zabijane są w sposób koszmarnie niehumanitarny (wrażliwi – nie klikać), czy więc jako ludzie świadomi, pochodzący z zupełnie innego kręgu kulturowego, powinniśmy przykładać do tego procederu rękę nawet w tak mało znaczący dla skali zjawiska sposób, jak zamówienie jednej porcji psiny? Moje serce mówi, że nie. Co właściwie jest ważniejsze – zaspokojenie ciekawości, czy współczucie? To drugie z pewnością czyni nas bardziej ludzkimi, ale to pierwsze jest cechą zwierząt, którymi – mimo głębokiego przekonania o własnej zajebistości – również jesteśmy.
Z drugiej strony jest w tym moim (i pewnie wielu z Was też) „w życiu nie zjem psa” dużo obłudy. Bo w czym od psa gorsza jest świnia, krowa czy gęś, które zjadamy ze smakiem i na koniec oblizujemy palce? Gdzie jest nasze współczucie? I co właściwie stanowi o granicy, która powstaje w naszych głowach? Kultura, w której zostaliśmy wychowani – tak, oczywiście. Ale co dalej? Indywidualny poziom wrażliwości, obrzydzenia? Te granice, nawet w obrębie jednego kręgu kulturowego, każdy ma ustawione inaczej i trudno się wzajemnie za to obwiniać.
Zastanawiam się też gdzie są granice wolności? Czy ocenianie tej dziewczyny jest już ich przekroczeniem? Powiecie, że sama wystawia się na publiczny pręgierz. To prawda. Z drugiej strony zrobiła coś, co w tamtym kręgu kulturowym nie jest żadnym wynaturzeniem. Nie zabiła psa sąsiada i nie nadziała go na rożen w tym tu Działdowie czy innym Sosnowcu, aby zaspokoić swoją chorą ciekawość. Pojechała do Wietnamu i zjadła to, co jedzą Wietnamczycy.
Nie mam przekonania, że podróżując koniecznie musimy spróbować najbardziej ekstremalnych specjałów danego regionu. Zwykle wcale nie są smaczne, a poza tym nic nikomu nie musimy udowadniać. Chyba, że ktoś, połykając bijące jeszcze serce węża, sam sobie próbuje udowodnić, że jest kozakiem i dzięki temu czuje się ze sobą lepiej, niż jeszcze kwadrans temu. Ale to już jest temat dla psychologa, nie dla gastronoma.
Być może trzeba oddzielić okrucieństwo, które ze strony ludzi spotyka te zwierzęta, od samego faktu zjadania psiego mięsa? Przecież większość z nas je mięso, ja też, choć staram się jeść go relatywnie mało. Wiem na pewno, że nie zjadłabym psa, bo zwyczajnie mam do nich zbyt emocjonalny stosunek. A z drugiej strony nie umiem z pełnym przekonaniem potępić tej dziewczyny, bo przecież jej granice mogą leżeć w zupełnie innym miejscu, niż moje.
Magda











Jedna odpowiedź
dobre, udostępniam.
ja miałam taki moment, kiedy pierwszy raz w życiu zleciłam zabicie zwierzęcia dla siebie…
http://renatarusnak.com/trudny-moment-z-zycia-restauratora-zamawianie-miesa/