Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Wólka Kosowska – prawdziwie po wietnamsku, a...

Wólka Kosowska – prawdziwie po wietnamsku, ale nie dla wszystkich

Do Wólki na jedzenie jeździmy od lat. Nie ma nic lepszego, niż poranek nad miską pho i małe (albo wielkie) zakupy. W tutejszych spożywczakach dostaniecie świeże kokosy, za którymi przepadamy. Dostaniecie też sporo egzotycznych owoców, świeżych ziół, niespotykane w polskich sklepach kawałki mięsa, przyprawy, makarony, ryż, herbaty, suszone krewetki, fermenty wszelakie i całą masę żarcia, które nie wiadomo czym jest, jak smakuje i jak go użyć. I to jest fajne.

W ogóle eksperymentowanie w kuchni jest fajne. Czasem otwierasz opakowanie czegoś dziwnego, co właśnie przytargałeś do domu i cię odrzuca, a czasem z miejsca wiesz, że to będzie miłość. Wólka Kosowska otwiera głowy i rzuca podniebieniom wyzwanie. W ogromnych halach, między hałdami majtek, staników, butów, garniturów i kiecek znajdziecie mały wyspy szczęśliwe z pływającymi w akwariach homarami, krabami, dziwnymi paczuszkami, które nic wam nie powiedzą, słoikami, porcelaną, napojami o interesujących smakach… Gastro-dyskoteka. Zwykle w tych sklepach spędzamy dużo czasu, bo połowy produktów nie znamy, więc oglądamy, wąchamy, dopytujemy. Zwykle wychodzimy też objuczeni, jak wielbłądy.

IMG_6330

Panuje takie przekonanie, że w Wólce zjecie prawdziwie po wietnamsku. To nie do końca prawda. Tak, jak w Wietnamie wcale nie jest łatwo zjeść psa i trzeba trochę poszukać, albo wiedzieć dokąd pójść, tak w Wólce nie dostaniecie koziny gotowanej we krwi, tylko dlatego, że słyszeliście, jakoby gdzieś tu była podawana. Myślę, że Wietnamczycy ze swoimi specjałami trochę zeszli do podziemia i w samym Wietnamie, i tym bardziej w Polsce. Bo nas to obrzydza. Bo mamy zamknięte głowy. Bo jest to coś, czego nie znamy. My.

IMG_6340

Tym razem na Tour de Wólka Kosowska umówiliśmy się z Wiktorią a.k.a. Pyzą i to ona zorganizowała nam ten wypad. Byliśmy my, jedna przesympatyczna Wietnamka doskonale władająca polskim i kilkoro znajomych blogerów. Wiem, że dziewczyny najpierw zadzwoniły i poprosiły o przygotowanie dla nas tych wszystkich specjałów. Wiem też, że nie powiedziały z kim będą. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że gdyby kucharz wiedział, że gotuje dla grupy Polaków, jedzenie wyglądałoby nieco inaczej, bardziej pod europejski gust. Kiedy więc wtarabaniliśmy się do niewielkiego baru, zdziwienie na twarzy pana, który nas obsługiwał było bezcennym widokiem. No ale trudno – było już za późno.

IMG_6342

I tak oto na nasz stół wjechały jelita, kaszanki, przełyki, jajowody, kozina gotowana we krwi, kleik ryżowy także z krwią i kawałkami mięsa… Było tego sporo, nie podołaliśmy wszystkiemu. Wiem, że jelita nie były i nie będą moim przysmakiem, ale to ciekawe doświadczenie badać organoleptycznie różnicę w strukturze jelita grubego i cienkiego. Ciekawe były jajowody – twardawe i trudne do pogryzienia, a jednak w pewnym sensie chrupiące. Kaszanka mocno doprawiona i charakterna, naprawdę niezła. A moim prywatnym hitem była rozpływająca się w ustach, delikatna jak marzenie kozina gotowana we krwi i kleik ryżowy, także z krwią. Sycący, pełen smaku, znakomity. Na te dwie ostatnie pozycje wróciłabym z dziką rozkoszą.

IMG_6344

Tak naprawdę tutaj mogliśmy poprzestać, bo wyszliśmy nieprzytomnie najedzeni, ale nie. Chwilę później, na rowerze objuczonym siatami, przyjechała sympatyczna roześmiana pani, która przygotowała dla nas banh mi. Mówią, że najlepsze w Wólce. Banh mi to taka kanapka w bagietce. Zajadaliśmy się nimi w Wietnamie. Tutaj z pasztetem, omletem, świeżym, chrupiącym ogórkiem i obowiązkową kolendrą. Doskonałe są te kanapki. Ale znowu – jeśli wpadniecie tam ot tak, to raczej pani od banh mi nie podjedzie do Was na rowerze, aby napełnić Wasze spragnione egzotycznych doznań brzuchy.

IMG_6335

Wiem, że później były jeszcze desery. My musieliśmy już uciekać, ale może to i lepiej, bo po tym wszystkim mogłaby nastąpić eksplozja. Nie wiem, jak oni dali radę tyle zjeść, serio. Pasibrzuchy Internetowe.

No i teraz tak: Wólka, Marywilska, Bakalarska, wszystko niby fajnie, niby autentycznie. Ale nie wierzcie w to, dla Polaków jest kurczak w pięciu smakach i sajgonki. Autentycznie jest w podziemiu i bez przewodnika tego wszystkiego nie zjecie. Trudno tu szukać winnego, prawda jest taka, że zwykle reagujemy obrzydzeniem na wszystko, czego nie znamy. Dlatego nikt tu się nie chwali, że może dla Was przygotować macicę. A nawet jak zapytacie, to i tak jej nie dostaniecie. Tak jak w Wietnamie ograniczenia w głowach turystów spychają niespotykane w Europie przysmaki do podziemia i częstą praktyką są dwie różne karty – jedna dla swoich, druga dla turystów, tak w Polsce tym bardziej nie da się ich dostać wchodząc z ulicy i świecąc europejską gębą. Ale na zakupy i miskę pho – polecam serdecznie.

Pamiętam, że w Wietnamie udało nam się dorwać do kilku niespotykanych przysmaków (np. skorpionów) tylko dlatego, że Pyza powiedziała nam o co mamy pytać. I faktycznie dostaliśmy inne menu, niż siedzący obok nas Rosjanie. W Wólce będzie jeszcze trudniej. Wiktoria, a może Ty powinnaś organizować raz na jakiś czas Tour de Wólka, hm? Jestem przekonana, że znalazłoby się sporo osób o ciekawskich podniebieniach.

Magda


  • jestem chętna na wyprawę! 😉

  • Maja Biniewicz

    chętnie bym się wybrała na taką wycieczkę, oj bardzo chętnie!

  • oj tak, wycieczka do wólki na przysmaki ! w tajlandii najbardziej mi smakowały flaki grillowane ale długo sie zastanawialiśmy co my własciwie jemy, wiedziałam że to podroby ale zastanawiałam się z której części ciała 😉

  • widzisz i dlatego uwielbiam twojego bloga. Tu nie ma bzdur tylko same konkrety i to o najważniejszych kwestiach – czyli o kwestii smaków i szukania tychże na wiele sposobów. A już wiedza tajemna jak zjeść niespotykane na europejskim podniebieniu potrawy to rzecz warta swojej wagi w złocie.
    Jeśli się mylę i niebo jednak istnieje, to kiedyś gdy do niego trafię chciałbym, by dało się tam nadal czytać Twojego bloga. Swoją droga ciekawe jakie by tam było IP? jak sądze 1.1.1.1 🙂

  • Joanna

    Od 16 lat mieszkam na skraju Wólki Kosowskiej. Też pragnęłam przygody z egzotyczną kuchnią, ale skończyło się to sporym rozczarowaniem… Tylko raz trafiłam na pyszne chińskie pierożki z mięsem, o wiele lepsze niż polskie, lepione na miejscu przez chińską babuleńkę. Rzadko jednak tam wracam, bo po drodze muszę minąć mega kiczowatą fontannę w której pływają np. puszki po coli i z toalety też nie daję rady skorzystać. Ot takie europejskie estetyczno higieniczne fanaberie…

  • Norbert

    Dla osób chcących się wybrać samemu możesz podać pare miejsc, które warto odwiedzić? Na zakupy i na jedzenie? Pyza widziałem wrzucała kozine w krwi co mnie interesuje ale tez egzotyczne owoce na wspomnienie wakacji.