Podróż z Sajgonu do Cai Be zajmuje nieco ponad dwie godziny. Jesteśmy w busie sami z kierowcą i przewodnikiem. Po drodze mijamy zielone dywany pól ryżowych, uprawy ananasów, trzciny cukrowej i oczywiście miliard skuterów urągających wszelkim zasadom ruchu drogowego.
Już wiem, że tutaj trzeba porzucić wszelkie reguły, którymi nasiąkliśmy. Oni mają własne – nie lepsze, nie gorsze, po prostu inne. W busie wi-fi śmiga jak złoto, ale nie odrywam oczu od okien. Jeszcze ciekawiej robi się, kiedy docieramy do Cai Be. Nędza to dobre określenie. Jest biednie, chatynki pokryte są czym się da, wszędzie wala się masa śmieci, a życie toczy na ulicy. Miga mi taki obrazek: w otwartym na oścież domu ktoś wypełnia macicą perłową ogromne, dwuskrzydłowe drzwi. Niebawem mam się przekonać, że jest to jedna z piękniejszych rzeczy, jakie widziałam w Delcie Mekongu.
Pewnie, że wcześniej trochę poczytałam, oglądałam zdjęcia, więc jestem bardzo ciekawa jak wypada porównanie internetu z rzeczywistością. Rzeczywistość przegrywa z kretesem. To nie są jakieś ściemnione, wybiórcze zdjęcia. Tam po prostu tak jest, są dokładnie takie kolory i takie pejzaże. Gdybym chciała to zmanipulować, na jednej łódeczce z owocami natrzaskałabym tyle ładnych zdjęć, że wystarczyłoby na dwa posty. 


Chyba przewodnik skumał, że jesteśmy totalnie rozczarowani, bo wreszcie coś się zaczyna dziać. Zabiera nas na normalny targ na lądzie. Taki dla miejscowych, nie dla turystów i możemy zobaczyć, czym żywi się Delta Mekongu. Poza zupełnie zwykłymi produktami można tu dostać szczury, myszy czy żaby, które są już oskórowane i bez głów, a jednak wciąż wywijają w misce kankana. Niby wiem skąd pochodzi jedzenie i że niektóre produkty kiedyś miały twarz, marzenia i plany na przyszłość, ale ten obrazek robi na mnie potężne wrażenie. Prędko nie zjem żabich udek.












