Chyba zaczynam znowu czuć misję. Serio. Prawie nie pisałam o knajpach przez dłuższy czas, ale obserwowałam. Coraz większy zachwyt byle czym. I jadłam. Obserwowałam i jadłam. I ani moja wiedza, ani oczekiwania nie robiły się mniejsze. W każdym razie nie zrobiły się wystarczająco małe, aby wpisać się w ten instagramowy chłam. Czyli na wschodzie bez zmian i nasza partia ma tę samą linię co pięć, dziesięć i piętnaście lat temu.
Chcę przez to powiedzieć, że wracam do pisania i mam oczekiwania. A ponieważ rynek gastronomiczny odpowiada na nie słabo lub wcale, to możecie się tu spodziewać potoków szczerości. Na pewno nie mogę polegać na ogólnych zachwytach i pianiach nad modnymi miejscami, które regularnie przetaczają się przez internet. Nic to nie znaczy i przekonałam się o tym boleśnie wiele razy. Syrena Irena też zebrała wiele pochwalnych opinii, jakby była jakimś objawieniem. No to ja wam mówię: hamujcie piętą.
Zastanawiam się w jakiej kategorii umieścić to miejsce, aby przyłożyć odpowiednią miarę? Biorąc pod uwagę, że w nazwie mają „pierogarnia” powiedziałabym, że to taki lepszy bar mleczny. Bar mleczny (hehe) premium.
Menu jest mocno obszerne, ceny nie do końca barowe, wnętrze fajne, ale to robi przede wszystkim architektura, a kanapy jasne i mocno zaplamione. Moja niegdysiejsza psiapsi miała na takie coś jak te kanapy specjalną francuską nazwę: fu-ble. Aha, no i środkiem jeździ robot, który teoretycznie zbiera tace, ale nie wiem czy realnie się do czegoś przydaje, czy tylko ma „wyglądać”. Umieszczenie Syreny Ireny w kategorii barów mlecznych wynika również z faktu samoobsługi. Ale z robotem, więc – hehe – premium.
Zamówione zostało co następuje: zaskakująco tania fasolka szparagowa z bułką tartą na maśle (13 zł), o której nie mam wiele do powiedzenia ponad to, że smakowała dokładnie tak, jak smakuje mrożona fasolka, a bułka mogłaby być bardziej podsmażona zwłaszcza, że nikogo nie gonił czas, bo jedyny zajęty stolik w lokalu należał do nas. Ale to taka bzdurka w sumie.
Dalej śledzik w sosie syrenim (27 zł), który okazał się być bardzo miernym śledziem kiepskiej jakości, o rozpaćkanej konsystencji, a „sos syreni” to po prostu zioła i różowy pieprz. Bardzo mocno przeciętna przystawka. Ale ja lubię śledzie i mam wymagania. Następnie tatar wołowy za złotych 45. No, tu już cena restauracyjna. A co za nią otrzymujemy? 120 g niczym nie doprawionej wołowiny, żółtko, które miało być konfitowane, ale nie było, nieco marynowanych grzybków, cebuli i kiszonego ogórka. Tak bardzo brakowało temu tatarowi jakiegokolwiek smaku, że został rozbabrany i bez żalu porzucony. U cioci na imieninach jest lepszy.
Gdy zobaczyłam w menu żur grzybowy (22 zł), to OCZYWIŚCIE, że musiałam go zamówić. Fajny zapach, rzeczywiście czuć grzyby leśne, ale im dalej w las… Bardzo specyficzny kwaśny smak, nie taki, jaki otrzymuje się z zakwasu. Żur prawie na pewno był czymś zakwaszony. Sporo w nim grzybów, głównie maślaków, ale jeszcze więcej selera i pietruszki w wielkich kostkach. Mocne 3/10.
Ponieważ to pierogarnia, to głównie o pierogi się tu rozchodziło. Zatem ukraińskie czyli ruskie (25 zł/6 szt; 35 zł/10 szt), z mięsem wołowo-wieprzowym (25 zł/39 zł) i z kaczką konfitowaną (31 zł/45 zł).
I teraz tak: wszystkim trzeba oddać, że ciasto jest cienkie i delikatne. Za to bardzo duży plus, bo to jest połowa sukcesu. Farsz w ukraińskich bardzo cebulowy w smaku, trochę mało twarogu. Ogólne wrażenie jest w porządku, ale trudno tu doznać olśnienia nad pierogiem. Te z mięsem mielonym (wołowo-wieprzowym) to klasyczek kuchni babcinej w wersji „nic się nie marnuje”. Jeśli kiedykolwiek jedliście pierogi z mielonym mięsem z rosołu, takim wiecie – wygotowanym, to bardzo dokładnie wiecie o co mi chodzi. Można zjeść z sentymentu, ale to tyle. No i te z konfitowaną kaczką… Zdecydowanie najlepsze. Przyzwoicie nadziane mięsem, choć zdarzyło mi się jeść takie, które absolutnie rozbiły bank, ale tutaj jest przyzwoicie i nie ma się co czepiać. Mięso aromatyczne, soczyste, smaczne. Spośród tych trzech form pieroga – ten z kaczką jest warty powtórzenia.
Do pierogów jest cała litania sosów do wyboru (3-6 zł): są oczywiście skwarki i śmietana, ale u nas poszło w sos z wędzonej śliwki i masło borowikowe. Nie było tu zgodności co do tego, które lepsze, ale można na potrzeby tej recenzji przyjąć, że obie pozycje dobre. Masło borowikowe to masło z borowikami, więc czego tu nie lubić? A sos śliwkowy długi, intensywny, gęsty, lekko dymny, słodki. Bardzo dobry.
W menu znajdziecie mnóstwo klasyków kuchni mamino-babcinej: kotlet mielony z puree ziemniaczanym i marchewką z groszkiem (49 zł), schabowy z ziemniakami i zasmażaną kapustą (49 zł), kotlet z piersi kurczaka, aktualne danie narodowe wszystkich Polaków (49 zł), placki ziemniaczane (27 zł) czy gołąbki z mięsem (33 zł). A dla wegan smalec z fasoli (27 zł). Smalec z fasoli za 27 zł. Smalec z fasoli. Z FASOLI. Za 27 ZŁOTYCH. A także paprykę faszerowaną tofu (49 zł).
Nie mam zdjęcia rachunku, chyba zapomniałam zrobić, ale ceny przytaczam skrupulatnie. Sami decydujcie czy chcecie tam pójść. Ja nie wrócę. Jeśli będę chciała zjeść coś w klimacie mamino-babcinym, to pójdę do Omy, o której pisałam tutaj, bo jest zwyczajnie zajebista, jest lepiej, smaczniej, z fantazją, taniej, fajniejsza atmosfera i jedzenie przynoszą do stolika.
Magda
Info
@syrena.irena
Krakowskie Przedmieście 4/6, 00-333 Warszawa
Spodobał Ci się wpis? To fajnie 🙂 Będzie mi miło, jeśli go polubisz lub udostępnisz. Dziękuję!