Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Kupiliśmy dom! I nawet nie wiecie jakie to było st...

Kupiliśmy dom! I nawet nie wiecie jakie to było straszne…

Och, jakaż ja byłam słodko naiwna… Myślałam, że kupno domu jest takie proste, że obejrzymy kilka, może kilkanaście i po prostu wybierzemy. Jak w sklepie. Już go w myślach urządzałam, już się prawie podrywałam do lotu, przeprowadzałam, fala szczęścia niosła mnie wprost w objęcia mojej wymarzonej kuchni. A później chlast! – dostałam od rzeczywistości z liścia w twarz.

Podeszliśmy do tego z dużym entuzjazmem, ale i metodycznie. Najpierw jasno określiliśmy obszar, który nas interesuje, później określiliśmy nasze oczekiwania oraz przystający do nich budżet – lejek zrobił się wystarczająco wąski. Wykluczyliśmy wszelkie bliźniaki, szeregówki i zamknięte osiedla. Chcieliśmy dom wolnostojący z możliwie dużym ogrodem, las w zasięgu krótkiego spaceru i przyzwoitą infrastrukturę w okolicy. Przyjęliśmy, że dom może być nowy, ale nie wykluczyliśmy rynku wtórnego i ewentualnego remontu lub przebudowy, pod warunkiem, że spełni pozostałe oczekiwania. Aha, i umówiliśmy się między sobą, że kupimy tylko taki dom, do którego wejdziemy i poczujemy, że naprawdę chcemy w nim mieszkać. Wiecie, to trochę jak z chodzeniem na randki – jak jest chemia, to wiesz natychmiast, a jak jej nie ma, to też wiesz natychmiast.

Z jakiegoś powodu wydawało nam się, że wcale nie mamy takich wyśrubowanych wymagań, szczególnie, że chcieliśmy zostać w naszej okolicy, która a) obfituje w domy jednorodzinne, b) las jest co kawałek, c) do centrum Warszawy mamy 20 minut samochodem, a wszystko co trzeba i tak pod nosem. Lubimy tu mieszkać, mamy tu fajne mieszkanie, którego wcale nie chcemy się pozbywać, bo jest fajne i po prostu chcemy w tej okolicy zostać. Z werwą i entuzjazmem przystąpiliśmy więc do przeglądania ogłoszeń i…

…to były bardzo pouczające cztery lata

„Willa w reprezentacyjnej części dzielnicy, wymaga odświeżenia” to czasem taki syf, smród, brud i gnój, że zawrotkę robisz natychmiast po przekroczeniu progu. Słowo – klucz: odświeżenia. Łatwo można poznać te ogłoszenia po bardzo skąpej dokumentacji fotograficznej. Niby jakieś drzewa, niby jakiś ogród, niby jakaś bryła gdzieś w oddali majaczy, a jak już wysiadasz pod tym rozpierdalającym się płotem, to oczom twym nadobnym ukazuje się ruina w sam raz do zaorania do gołej ziemi, za to w cenie ze sfery bardzo śmiałych fantazji właściciela. #heheszki.

Albo w drugą stronę – piękne wnętrze, najtańszy nie jest, ale prawie nic bym nie zmieniła, lovelovelove, jedziemy oglądać! I tu wkracza tatełe – cały na biało. Po oględzinach rzecze: dach do wymiany, więźba się sypie, instalacje wszystkie do wymiany, ogród w całości do zrobienia, a licznik w mojej głowie bije z taką prędkością, że w połowie przestaję nadążać. To fajnie, że w ogłoszeniu napisali, że można się od razu wprowadzić. Szkoda, że zapomnieli wspomnieć, że dach ci może spaść na głowę jak będziesz w fazie REM. Mamy mnóstwo takich historii. Kiedyś będziemy się z nich śmiali. Na pewno.

Co to jest dobry początek? Stu pośredników nieruchomości na dnie oceanu

Kiedy kolejny raz zderzyliśmy się czołowo z czymś, co nazywa się „pośrednikiem nieruchomości” i bierze kasę głównie za to, że jest oszołomem, który nie słucha co się do niego mówi, dotarło do mnie, że to jest osobny gatunek z planety Melmak.

Ileż ci ludzie zmarnowali nam czasu! Bo oczywiście każdy proponował, że wykona tę pracę za nas i znajdzie nam dom marzeń, cukiereczek po prostu. I tak oto: obejrzeliśmy niezliczoną ilość bliźniaków i szeregówek, oczywiście na zamkniętych osiedlach, w pizdu wybetonowane wszystko, trzy furtki i jeden szlaban do śmietnika, las możesz mieć co najwyżej na zdjęciu. Choć przecież mówiłam wyraźnie: WOL NO STO JĄ CY. Chuj tam, wolnostojący, se baba wymyśliła, szeregóweczka taka piękna w amerykańskim stylu urządzona, Carrington tu mieszka, złoto kapie, a ta wybrzydza. Albo pół bliźniaka w stanie surowym się zrobi, okna wstawi, państwo patrzą jakie piękne pudło ósmy rok już tak stoi papą przykryte, okazja! Ile oni nam odebrali sobót, ile wieczorów, ile czasu zmarnowali, bo że bliźniak dowiadujesz się oczywiście dopiero na miejscu. Okazuje się, że pośrednicy nieruchomości cierpią nie tylko na tępotę, ale również na głuchotę. Ty sobie mów, a oni i tak mają dla ciebie CU KIE RE CZEK. I to nieważne, że wolisz śledzie.

Falstart tak bardzo

Dom, który z grubsza spełniał nasze oczekiwania znaleźliśmy po roku poszukiwań. A może po dwóch?… Straciłam rachubę. Z tarasu widok na szemrzący strumyk, zielono, cisza, tych strasznych łuków nie widzę, to się zniweluje, tłumaczę sobie i zamykam oczy. Remont i tak jest potrzebny, więc damy radę. I zaczyna się bajlando – papiery, gmina, kolejna wizyta z tatełe, dom zaopiniowany pozytywnie, następna wizyta z architektełe, mówi, że będzie spoko, łuki znikną jak sen złoty. Sprzedający jacyś tacy umiarkowanie wylewni, ale nie każdy musi być taki jak ja, nie? Coś tam przebąkują, że ojciec miał jakieś długi, że hipoteka, ale już pospłacane, my wierzymy, bo czemu mamy nie wierzyć?, już witamy się z gąską, kiedy pani notariusz (błogosławię ją każdego dnia) przy okazji kompletowania dokumentów zadaje kilka niewygodnych pytań. Najpierw zapada podejrzana cisza, a później wypływa informacja, że dom jest zadłużony na drobne trzysta tysięcy. No, ja pieprzę! Wiecie jak jest – można kupić zadłużoną nieruchomość, spoko, pod jednym jednakowoż warunkiem – że sprzedający nie próbuje tej informacji zataić. W dupę z tym szemrzącym strumykiem, kiście się w tych łukach dowolnie długo. Sajonara!

Po tej akcji trochę nam przysiadło. Odpuściliśmy na prawie rok. Po prostu przestaliśmy szukać. Uznaliśmy, że może to nie był odpowiedni moment, że nic na siłę. Runda druga przyszła jakiś rok temu. Ale już na spokojnie, bez tej niezdrowej podniety. Tym razem wcale nie było łatwiej, bo jakoś wiosną już mieliśmy…

Kryzys

…do tego stopnia, że zaczęliśmy rozważać duże mieszkanie, takie w okolicach 150 m2. Najbardziej mi się podobało to z przeszkloną ścianą i wanną, z której był panoramiczny widok na miasto. Ale Jacek się oflagował, że on na -nastym piętrze mieszkać nie będzie i koniec tematu. Miał rację. Wanna mnie zaślepiła. Nie tego chcieliśmy i nie na to się umawialiśmy. W sumie też szybko się ogarnęłam, bo co mi po wannie z widokiem, jak nie mam lasu ani ogrodu, a ja to muszę mieć, bo uschnę, umrę i zniknę.

Później przeszliśmy jeszcze przez krótki etap „walić to, sami sobie wybudujemy”. Tylko zaraz powstał taki problem, że ktoś się musi tym zająć. Tym kimś nie mógł być Jacek, tym kimś nie mogłam być ja. Nie mamy na to czasu. Nie mamy też wystarczającej wiedzy. Potencjalna ilość błędów, jakie po drodze popełnimy jest zbyt duża. A więc wracamy do punktu wyjścia. Paw horyzontalny.

I wtedy stał się cud…

Nie wiem jak Jacek znalazł ten dom. Byłam wtedy na babskim wyjeździe i pamiętam, że pokazywał mi go na FaceTime. Po prostu oglądałam go razem z nim siedząc gdzieś na Mazurach. Mniej więcej po siedmiu minutach poprosiłam go, żeby wyszedł do ogrodu i powiedziałam mu tylko tyle: siadaj do negocjacji. Po raz pierwszy żadne z nas nie miało wątpliwości.

I tak oto pojawił się w naszym życiu nowy projekt. Projekt przez duże „P”. Spełnia wszystkie nasze wymogi, las jest blisko, ogród nawet większy, niż planowaliśmy, cudne sosny, sąsiedzi chyba mili, asfalcik jak ta lala, więc wiosną odpalam rolki i wszystkie uliczki na osiedlu moje, no i ma ten potencjał, którego szukaliśmy. Ma potencjał zostania prawdziwą perełką. W tej chwili wystarczy tylko usunąć – zejdźcie mi z oczu natychmiast – podwieszane sufity, zniwelować dziwaczne fale z karton-gipsu (wtf?), pomalować środek na jakiś neutralny kolor, czyli biały i spokojnie można się wprowadzać. Co też zamierzamy uczynić jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Brzmi lekko, ale jak przetrwam grudzień, to przetrwam wszystko. Trzymajcie kciuki.

A później dajemy sobie minimum pół roku luzu na zastanowienie się co my tu właściwie chcemy mieć. Wiemy na pewno, że będziemy ten dom rozbudowywać, że kuchnia będzie w zupełnie innym miejscu. Ale wszystko na spokojnie. Bo już teraz wpuścić architekta i później żyć w jego mniej lub bardziej odjechanym śnie to nie jest dobry pomysł. Wpuścimy go dopiero wtedy, kiedy NASZ sen nabierze konkretnych kształtów. Żeby doszlifował.

Wygląda na to, że zaczynamy kolejną przygodę. Podobno jak się wypierdala trzecią z kolei ekipę remontową, to już człowieka nie rusza, bo jest przyzwyczajony. Będę Wam o tym opowiadać, pokazywać co zmieniliśmy, która ściana wyleciała i jak właściwie nam wyszedł ten projekt przez duże „P”. A teraz tylko musimy spakować dziesięć lat życia i chyba powoli zaczniemy się cieszyć. Jak tylko ochłoniemy, jak się przeprowadzimy, jak rozpalimy w kominku i ustawimy książki w karnych szeregach, jak błysną światełka na choince…

Cholera jasna, w końcu kupiliśmy sobie na Mikołaja DOM!

Magda

foto: huffingtonpost.com