Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Walę syrop z agawy! – dwa słowa o współczesn...

Walę syrop z agawy! – dwa słowa o współczesnych książkach kucharskich

Czy to tylko moje wrażenie, czy książki kucharskie rzeczywiście zmieniły się w albumy do oglądania i wcale już nie chodzi w nich o treść? Książki kucharskie nas zalewają, piszą je wszyscy: aktorzy, aktorki, celebryci oraz hydraulicy. I wszystkie mają takie same zdjęcia – o brzasku, na desce, z polnym kwiatkiem w blaszanym garnuszku i udrapowaną ścierką.

W Polsce takie zdjęcia jako pierwsza zaczęła publikować chyba White Plate, która do dziś ma swój niepodrabialny styl. Lubię ładne rzeczy i trochę jednak trzyma mnie w garści próżna żądza posiadania pięknych przedmiotów. Przepadam za albumami. No to w takim razie powinny mi się te książki podobać, prawda?

I one mi się podobają! Ale wiem, że po pierwszym, bardzo skrupulatnym przejrzeniu i kilku zachwytach, już nigdy do nich nie wrócę. Może lubię ładne rzeczy, ale umiem też odróżniać łapacze kurzu, od przedmiotów, które będą mnie cieszyć naprawdę długo. Współczesne książki kucharskie zaliczają się do kategorii „łapaczy kurzu”. A już szczytem jest publikacja żony pewnego nieżyjącego aktora, w której ta, wraz ze swym pół wieku młodszym narzeczonym, uczy jak zrobić sałatkę z wędzonym łososiem. Albo debilizmy w stylu „1001 pomysłów na kanapkę”. Papier płakał, jak go drukowali.

Owszem, jest w tych książkach dużo ładnych zdjęć, ale w porządnych albumach tematycznych jest jeszcze więcej ładnych zdjęć. Problemem jest uboga treść i „rustykalne”* sałatki z czterech składników. Ile z tych przepisów jest uczciwie sprawdzonych, a ile to luźna kreacja autora na temat „Powinno smakować jako tako”? A może pytanie powinno brzmieć: ile z tych przepisów zostało ukradzionych z blogów moich najulubieńszych kulinarek?

Myślę, że opracowanie książki kucharskiej z pięćdziesięcioma przepisami na rustykalne sałatki i inne przypadkowe dania może być nawet przyjemnym zajęciem i powodem do częstszego zapraszania przyjaciół.

Problem polega na tym, że za sto lat antykwariaty – jeśli oczywiście te śmieszne twory tyle przetrwają – będą zawalone tanimi książkami z ładnymi zdjęciami, jak w latach dziewięćdziesiątych Harlequinami. Zaś łakomym kąskiem staną się te rzadkie publikacje, które treściwie opowiedzą co, jak i dlaczego jadło się na początku XXI wieku w różnych miejscach na świecie. I pewnie jakieś książki legendarnych szefów kuchni, którzy na naszych oczach piszą swoje legendarne historie.

My dziś szukamy książek Monatowej czy Ćwierczakiewiczowej, a nie rycin z epoki, na których widnieje pieczona pularda. Przypadek? Nie sądzę.

Coraz rzadziej kupuję książki kucharskie, choć kiedyś gromadziłam je pasjami. Mam już dużo innych albumów. Dlaczego miałabym zapłacić sześć, siedem, czy więcej dych za pięćdziesiąt przepisów, jeśli jednakowo dobrym i pewnym ich źródłem jest Internet za zero złotych? Przecież to bez sensu.

Prawda jest taka, że to książki o krótkim terminie przydatności, sezonowe. Ich termin przydatności kończy wraz z końcem promocji. I jest to smutna konstatacja z wielu powodów – od nierozważnego wycinania drzew, po rzesze zapomnianych, nikomu niepotrzebnych autorów, którzy „kiedyś napisali jedną książkę kucharską”.

Lubię natomiast albumy związane z konkretnymi restauracjami, bo opowiadają jakąś historię i nikt nie udaje, że reprezentują sobą coś ponadto. Też są w nich przepisy, zwykle wymagające profesjonalnej kuchni, ale chyba bardziej dla picu, niż po to, żeby ktoś z nich gotował. W tych książkach zdjęcia są opowieścią i to jest ich wartość.

Jedyne książki kucharskie, do których rzeczywiście wracam, to grubaśne tomiszcza, bogate w litery, a ubogie w zdjęcia. Bo tylko te okazują się naprawdę użyteczne. Przepadam za nieśmiertelnym „Francuskim szefem kuchni” Julii Child, w której to książce, na przeszło pięciuset stronach, nie znalazło się miejsce dla ani jednego zdjęcia. Chętnie sięgam po „Chleb” Jeffreya Hamelmana, w którym zdjęć jest co prawda kilka, ale za to są też staromodne szkice i masa przydatnych informacji na temat rodzajów mąki czy odmian zbóż. Wielbię encyklopedię kulinarną Larousse’a i lubię czasem zajrzeć do wydanego nakładem Pałacu w Wilanowie „Compendium Ferculorum”, aby tak po prostu sobie poczytać.

Dlatego zamiast dwóch kulinarnych albumów, wolę jedno solidne opracowanie Phaidona, albo grubaśne tomiszcze skupiające się na jednym temacie i omawiające go dołębnie. Choć Phaidon też wypuścił kosmicznego bubla o nazwie „Where Chefs Eat”, czyli książkę, która pod kątem doświadczeń restauracyjnych zawodziła mnie najczęściej. Ale już „Vefa’s Kitchen” czy „The Silver Spoon” są naprawdę treściwymi opracowaniami, z których rzeczywiście można się czegoś dowiedzieć. Tematów do zgłębienia jest bez liku, a mimo to cały czas przybywa ładnych i niewymagająco powierzchownych książek z przepisami na wszystko i nic.

Od jakiegoś czasu świadomie wypadłam z obiegu. Nie orientuję się co wyszło wczoraj, a co wyjdzie pojutrze. Nie wiem, który celebryta postanowił uczyć Polaków jak zrobić „rustykalną” tartę na kupnym cieście francuskim. I dobrze mi z tym. Czasem dostaję takie książki i prawie zawsze uszczęśliwiam nimi kogoś, kto gotuje słabiej, niż my i być może te przepisy będą dla niego choć trochę odkrywcze.

Nie tęsknię za obrazkami, które bombardują mój ośrodek zawiadowczy z Internetu, z telewizora i z obrzydliwych reklam przy drogach. Tęsknię za treścią. Za milionem porad, za szerokim omówieniem produktów i technik, za sprawdzonymi przepisami, które naprawdę wychodzą, za skomplikowanymi przepisami, do których – o dziwo – nie potrzebuję kolendry, hempu i syropu z agawy. Walę syrop z agawy!

Ale jeśli pragniecie mi udowodnić, że nie mam racji i zarzucić tytułami naprawdę wartościowych współczesnych książek kucharskich, to nie krępujcie się. Każdy komentarz przyjmę z radością i chętnie pobiegnę do księgarni (komentarze chwilowo tylko na fb, bo mamy mały remont). I nie, to nie jest zaproszenie, do wklejania linków do recenzji na swoich blogaskach. Ja nie spamuję, więc Wy też tego nie róbcie.

Magda

* banalne