Ostatnie takie pokolenie | Krytyka Kulinarna
Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel

Ostatnie takie pokolenie

Ktoś kiedyś opowiedział mi taką anegdotkę: ojciec rozmawia z kilkuletnim synem i opowiada mu jak to było w czasach, kiedy sam był dzieckiem. O PRL-u, o kolejkach, o pustych półkach w sklepach, w których nie było nic poza octem. I w tym momencie pada pytanie lekko przerażonego syna: „Nawet w Galerii Mokotów?!”.

Wedle dzisiejszych standardów byliśmy dzikusami, a nasi starzy nieodpowiedzialnymi świrami. Ganialiśmy umorusani wszędzie tam, gdzie nie powinno nas być, piekliśmy wyborne ciasta z błota i piasku, a trzepak był do wiszenia na nim do góry nogami. Kwintesencją szczęścia było zrobić coś zakazanego i najlepiej uwalać się przy tym po pachy, tak żeby matka przed oskrobaniem z błota nie była pewna, czy to przypadkiem nie dziecko sąsiada. Jeśli graliśmy w gry, to raczej w wilka, co łapał kurze jaja lub w Mario Bros, choć częściej w podchody i zbijanego, zaś pierwszą czynnością po powrocie ze szkoły było pizgnięcie plecaka w kąt, szybki obiad i sprint na podwórko, bo w domu, to co najwyżej można było zrobić bazę z koca i krzeseł, a poza tym nuda. A jak odrabiałam lekcje i czegoś nie wiedziałam, to ojciec mówił: „Sprawdź w encyklopedii”. Czujecie to? W encyklopedii! Jak w średniowieczu!

Wychowałam się w domu z ogrodem, w tamtym czasie w naszej okolicy sporo się budowało, a sąsiedzi uparcie płodzili prawie samych chłopców. Dlatego zamiast fascynacji Barbie wolałam haratnąć w gałę, albo na jednej z budów skakać z pierwszego piętra na hałdę piasku. Pozdrawiam Cię, ojcze, jeśli to czytasz. Nie denerwuj się – przeżyłam. Robiłam też sporo innych rzeczy, które współczesnego rodzica przyprawiłby o spazmy, na przykład w pewnym momencie tak mi smakowała witamina E czy A, nie pamiętam już, że od czasu do czasu zjadałam cały blister. Na raz. Oczywiście w tajemnicy. Mam przekonanie graniczące z pewnością, że zapewniłam tym sobie wieczną młodość. Niestety witaminy nie klepią, więc współczesna młodzież wesoło zajada tabletki na kaszel i na fazie wrzuca półnagie zdjęcia na instagram. O, chwała ci świecie, że nie mieliśmy internetu i smartfonów. Tak wiele występków i wypaczeń nigdy nie ujrzało światła dziennego.

Pokonywałam nieskończoną ilość kilometrów na rolkach, żarłam jak odkurzacz i z jakiegoś powodu wypijałam litr mleka dziennie. Nie, tato, nie po to, żebyś nie miał na rano do kawy. Po prostu rodzice nie wiedzieli, że laktoza jest be i mi na to pozwalali, co nie skończyło się dla mojego zdrowia żadną katastrofą. Nadal nie rozumiem jak to możliwe. A od tych rolek blizny na kolanach i łokciach mam do dziś. I nadal uważam, że dodają mi charakteru. Tak jak wszyscy jadłam jagody prosto z krzaka, bo nie wiedziałam, że sikają na nie lisy, a jak obtarłam sobie skórę, to tylko w skrajnych przypadkach krwawienia jak zarzynany prosiak gnałam do domu. Wszystkie pozostałe załatwiał liść babki – wtedy jeszcze nie wiedziałam, że lancetowatej – przyłożony do rany. Na niego też pewnie sikały lisy, ale nie rozchorowałam się, bo nie wiedziałam, że powinnam.

Chodziłam oczywiście na jakiś tam angielski, jakiś tam basen, czy jakieś tam pianino, ale nikt nie robił z tego religii, nie zawoził mnie samochodem i nie odbierał po zajęciach. Po to miałam bilet miesięczny, żeby się sama zawieźć i sama odebrać. Plecak konsekwentnie nosiłam na jednym ramieniu, od czego mam pewnie skoliozę, jak każde szanujące się dziecko z edycji „Born in the PRL”, ale kompletnie się tym nie przejmuję. Jak jechaliśmy w góry czy na Mazury, to nigdzie się nie oznaczałam, tylko szłam z ojcem na ryby. Kompletnie nieświadoma tego, jaka właśnie odbywa się tragedia, bo świat nie może się dowiedzieć czy biorą. Pod koniec lata miałam jasne od słońca włosy i równomiernie brązową skórę, bo „filtr pięćdziesiątkę” zastępował krem Nivea. I to też od wielkiego dzwonu.

Pierwszy raz zakochałam się w wieku lat czterech czy pięciu w dobrze ułożonym blondynku w okularach. Przynosił mi w darze złapane gdzieś jaszczurki i zawstydzony całował w policzek, więc aktualnie mam dość wyśrubowane standardy względem adoratorów. Na szczęście moja matka nie ekscytowała się tym na swoim blogu. Jedyną osobą, która się tym ekscytowała byłam ja. I zapewne dobrze ułożony blondynek, ale nie pytałam.

Moja największa przyjaźń, która trwa po dziś dzień, została zbudowana na listach. Tak, papierowych, pisanych odręcznie listach. Co więcej – nadal zdarza nam się napisać do siebie list, choć Ani częściej. Kiedy wyjeżdżałam na obóz w jakąś dzicz, to standardową formą kontaktu ze starymi było wysłanie pocztówki, z której po tygodniu dowiadywali się, że dziecko żyje. Co mogło być od dawna nieaktualne, ale nikt się tym nie martwił. A później pojawiły się komórki i internet. I wszystko zepsuły.

Pokolenie 30+, czyli moje. Was jest tu najwięcej, wy czytacie to wszystko, co piszę. Po odejściu naszych rodziców to my będziemy ostatnim łącznikiem między starym, a nowym. Między rzeczywistością sprzed internetu, a światem „bez internetu nie umiem w życie”. To są dwa zupełnie różne światy. Jak opowiadam o tym dzisiejszym dobrze wytresowanym dziesięciolatkom z nadmiarem zajęć dodatkowych i korepetycjami z koreańskiego, to robią im się oczka jak spodki i pytają: „Nawet w Galerii Mokotów?!”.

Magda

 

Spodobał Ci się tekst? To podaj dalej!