Tym razem zabieram Was na małą wycieczkę. Udamy się na sielskie Roztocze, będziemy jeść, pić i popuszczać pasa. W menu mamy Narol i XV Jarmark Galicyjski. Kilka zdjęć, a na końcu knajpka z genialnym, domowym jedzeniem, o której po prostu musicie wiedzieć. Takich rzeczy nie wolno trzymać w ukryciu!
Konkursy, konkursyNo, siema, babeczki, widzę, że macie naleweczki…Taka sytuacja. Autorska mieszanka przypraw Darka Wójcika (po prawej) to absolutne mistrzostwo.A rybę filetuje się takKto nie lubi sera, ten… niech nie mówi tego głośno.I żeby nam w gardłach nie zaschło…Szast-prast, pięć minut i dzbanek jest.Wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy… A po prawej spontaniczny koncert. Ten instrument to lira korbowa.Jak można mieć skwaszone miny, kiedy obok stoi taka fajna kuchareczka? No, doprawdy…Yo, krakowianko! Bo gastro-dzieci są super.A teraz koniec żartów, posłuchajcie mnie uważnie. W Narolu, tuż obok rynku, znajduje się knajpka o nazwie Rubin. Oczami jej nie kupicie, gwarantuję. Idźcie tam i jedzcie wszyscy, a wasze mokre sny o najlepszym mielonym, pierogach, barszczu ukraińskim oraz kiełbasie zostaną spełnione i przeżyjecie je na jawie. Serio. Wystrój był passe dwadzieścia lat temu, teraz można go uznać za zabytek, eksponat muzealny, czarujący PRL-owskim sznytem unikat. To nie ma żadnego znaczenia. Spędziliśmy tam całą niedzielę – od śniadania do późnego obiadu (lub wczesnej kolacji, jak kto woli) i wychodziliśmy niechętnie. To jest proste, domowe, polskie gotowanie. Takie od serca, uczciwe, smaczne i szalenie świeże. Zapamiętajcie tę knajpkę. Bardzo warto. Sprzedają też domowe wędliny i kiełbasy, które zdecydowanie polecam.Silna grupa pod wezwaniem, Rubin za barem. Jak widać na załączonym obrazku wszyscy raczej zadowoleni z popasu.