Kilka osób mówiło mi, że Chapter One to w tej chwili najlepsza restauracja w Dublinie, więc sprawdzam organoleptycznie, jak się mają irlandzkie gwiazdki. W środku tygodnia, w porze obiadowej restauracja okazuje się być pełna po brzegi. Po prawej starsza pani, chyba z synem, dalej turyści ze Stanów, po lewej impreza, w głębi jakieś spotkanie biznesowe, sporo ludzi, no i ja – jedyna samotna.
Irlandię tym razem odwiedziłam bez Jacka, w Polsce zatrzymały go sprawy zawodowe, więc samotnie karmiłam klify z ręki, spacerowałam po zielonych pastwiskach i pławiłam się w pierwszych promieniach wiosennego słońca na dublińskich skwerach. Moi przyjaciele czasem mi towarzyszyli, a czasem pracowali. Tego dnia pracowali. Aby więc nie umrzeć z nudów dostaję do przejrzenia grubą na cztery palce książkę wydaną przez Chapter One i pomiędzy kolejnymi daniami dość dokładnie się jej przyglądam. Sporo przepisów, cały zespół kucharzy i przede wszystkim dostawcy. Mali producenci serów, wędlin i wszelkich innych dobroci, które później trafiają na stoły gości Chapter One – wszyscy z twarzy, nazwiska i www. Zacne to i chwalebne, że nie trzymają tych ludzi tylko dla siebie.
Nie ma sensu rozwodzić się nad serwisem, który jest tu tak samo perfekcyjny, jak w znakomitej większości pozostałych gwiazdkowych restauracji, które dotychczas odwiedziliśmy. Nienachalny, troskliwy i z tym specyficznym, sarkastycznym irlandzkim poczuciem humoru, za którym przepadam. Serwis na piątkę.
Pieczywo jest niezłe, co w tym kraju wcale nie jest takie oczywiste, a wiejskie masło jest wiejskim masłem. Poeta powinien kiedyś napisać poemat o wiejskim maśle. Wybieram więc wino i czekam na pierwsze danie z mojego menu degustacyjnego. Mam ochotę na niespodzianki.
I rzeczywiście – tapioki się nie spodziewałam. Połączenie jej z serem Gabriel, grzybami i białą truflą jest przebłyskiem geniuszu. Na talerzu mam kremowość risotta, sprężystość kuleczek tapioki i obłędną ilość umami. Ta przystawka to właściwie hymn na cześć umami. Trochę mi smutno, że znika tak szybko.












Pre-deser to wariacja na temat cytrusów – są lody, jest galaretka, jest też trochę zbyt twarda granola i maleńkie bezy. Jest lekko, trochę wakacyjnie i słonecznie, ale…
…ale to deser właściwy jest wspaniały. Zdekonstruowane ciasto marchewkowe, czyli wszystkie odcienie soczystej, intensywnej, marchewkowej słodyczy. Ten deser rozkłada mnie na łopatki. Dużo tu zabawy teksturami i temperaturami, ale uderza przede wszystkim intensywność smaku zawarta w każdym elemencie – sorbet jest rześki i niezbyt słodki, gąbka przyjemnie miękka i smakiem przypominająca porządny biszkopt, tyle, że marchewkowy, parfait lekkie jak westchnienie, ale za to otoczone chrupiącym karmelem z odrobiną cynamonu, orzechy pecan glazurowane w miodzie przyjemnie uzupełniają pozostałe smaki, zaś mus serowy rozwala system. Przede wszystkim jest zaskoczeniem, ale to jego kompatybilność z wszystkimi odcieniami słodyczy robi na mnie duże wrażenie. Przepadam za takimi nieoczywistymi połączeniami.






Dziękuję za świetny posiłek, staram się nie myśleć jak upchnę w walizce ich nową, ważącą chyba tonę książkę kucharską i pytam którędy do najlepszego rzeźnika? Tego dnia mam jeszcze w planach nakarmić moich przyjaciół solidnym boeuf bourguignon. Nie wiem, czy to nie przegięcie jeść dwa razy dziennie wołowinę duszoną w czerwonym winie, ale nie narzekam. Do rzeźnika trafiam jak po sznurku, po drodze zahaczam o targ, kupuję trochę warzyw i zastanawiam się jakie wybrać wino, bo do garnka powinno trafić to samo, co do kieliszków. Słońce świeci mi prosto w twarz, a ja się uśmiecham sama do siebie i myślę, że to ciasto marchewkowe było genialne, a samotne wypady do restauracji mogą być całkiem fajne.
Magda
Info
www fb 19 Parnell Square, Dublin
Szef kuchni: Ross Lewis
<






