Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Nie zaglądaj mi w portfel, ty polska cebulo!

Nie zaglądaj mi w portfel, ty polska cebulo!

Pieniądze. Temat bolesny, drażliwy, powodujący ludzkie wkurwienie i pękanie żyłek w oczach. Jak śmiesz je zarabiać? Jak śmiesz ciężko pracować? A później jeszcze wydawać? Wstydź się! A nie, sorry, jedyne co możesz robić bezkarnie, to pracować. Praca jest dobra, podobno wyzwala.

Polacy uwielbiają rozliczać innych z zarobków. Bo jak ktoś ma, to są tylko trzy możliwości: 1) ukradł, 2) dostał po znajomości, 3) dał dupy. Inna opcja nie wchodzi w grę, bo to przeczy logice. Polskiej logice.

Słodki jeżu w pomidorach, ile razy już miałam ochotę napisać ten tekst! Nikt, tak jak blogerzy nie jest rozliczany ze swoich zarobków równie mocno i – co ważne – publicznie. Nawet skarbówka nie jest tak drobiazgowa, jak jakiś przypadkowy pajac z fejkowym kontem, ewentualnie inny nastolatek, specjalista od opiniowania co jest „wizerunkowym strzałem w kolano”, a co nie. On zajrzy ci nie tylko w portfel, ale i w gacie. Bo go boli. Przecież tobie wszystko spadło z nieba, więc dlaczego nad nim niebo jest takie pochmurne i jedyne, co z niego spada to deszcz, śnieg i grad?…

Dlatego, maso bitumiczna, że ja na to wszystko pracuję średnio dwanaście godzin dziennie, siedem dni w tygodniu, trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. W październiku minie pięć lat od założenia bloga. Od prawie pięciu lat nie miałam urlopu, choć z boku pewnie wygląda to tak, jakbym nic innego nie robiła, tylko byczyła się na plażach świata tego i jadła same frykasy. Wiesz co? Wczoraj się zatrułam i pół nocy rzygałam jak kot. Ile to już razy witałam się z muszlą klozetową, któż to zliczy?… Cóż, takie ryzyko zawodowe. Ale tego też nie widać, bo nigdy o takich rzeczach nie mówię.

Jestem dumna z tego miejsca i ze społeczności, która jest ze mną każdego dnia. I nikt nie będzie mi skakał po głowie, żeby się poczuć lepiej ze swoją frustracją. Też tak chcesz? To weź się do roboty. To raptem kilka lat i też będziesz mieć. Dla ułatwienia zapraszam cię do mojego tęczowego świata, na zaplecze, pokażę ci dlaczego blogerzy zarabiają i ile trzeba najpierw włożyć, żeby coś wyjąć. Chyba ci się nie spodoba.

Dla ułatwienia posłużę się kilkoma przykładami. Zacznijmy od pierwszego z brzegu – zestawienia typu „TOP coś tam”. Żeby wybrać pięć godnych polecenia cukierni odwiedzam dwadzieścia. Niektóre kilka razy. Wiesz ile czasu trzeba na to poświęcić? Ile cukru w siebie wepchnąć? Normalnie w życiu bym tyle nie zjadła, ale – hej! – mam obowiązki zawodowe. Pieniądze pomijam, bo to drażliwy temat. Wiem, że z perspektywy czytelnika takie posty się po prostu pojawiają w sposób magiczny. Pyk – i jest. Otóż nic bardziej mylnego. Tego typu zestawienia przygotowuję od trzech od pięciu tygodni, a czasem dłużej.

A teraz przejdźmy do cięższego kalibru: podróże. Owszem, kocham je pasjami. Podróżuję dla emocji, a nie dla odhaczania kolejnych państw na liście. Ale w praktyce wygląda to tak, że najpierw się solidnie przygotowuję, mam plan rozpisany na każdy dzień, często także na godziny. Mam listę miejsc, które koniecznie musimy zobaczyć, listę polecanych restauracji, do tego na miejscu pytam każdego, kto chce mi udzielić odpowiedzi o wskazanie miejsc, których nie da się znaleźć w internecie. Niestety nie mam czasu na leżenie na plaży, ponieważ muszę zobaczyć wszystkie plaże w okolicy, aby móc polecić ci kilka najładniejszych. A później to wszystko trafia na blog. Chcesz skorzystać, to korzystasz.

Zwykle w miejscu docelowym wypożyczamy samochód i ciśniemy. Samochód wypożycza się za pieniądze, ale to drażliwy temat. Nie ma leżenia na leżaczku, nie ma drinków z palemką. Jak wieczorem w ramach relaksu napiję się wina, to jest wielki sukces, bo zwykle długo w noc spisuję notatki albo piszę teksty na bloga. A wcześniej robimy setki kilometrów, tysiące zdjęć i stajemy na głowie, żeby wyjść z pudełka i pokazać ci świat takim, jakim nam udało się go zobaczyć. Wiesz jak mi jest czasem przykro, jak kończę tekst o trzeciej nad ranem ze świadomością, że o siódmej zadzwoni budzik, ale cisnę żebyście do porannej kawki mieli fajną lekturę, a później ten tekst klika się tak sobie? Ale zawsze sobie to tłumaczę tak, że przecież nie widzisz ile to wymaga pracy, żeby nie napisać „zapierdalania”, że może akurat ten temat interesuje cię mniej od innych. Wiesz dlaczego od prawie pięciu lat nie miałam urlopu? Bo blog jest już tak wdrukowany w moje DNA, że każdy wyjazd jest szansą na pokazanie ci czegoś ciekawego. A ja nie lubię marnować szans. Blog jest ze mną codziennie, wszędzie i o każdej porze.

Nie uciekam się do żenady w stylu „Rzym w jeden dzień – przewodnik!”. W jeden dzień w Rzymie można co najwyżej podłubać palcem w… nosie. Jak już coś trafia na blog, to jest obejrzane z każdej strony. Często piszę w jakimś środku transportu, albo nocą, w Armenii mordował mnie czterdziestostopniowy upał, cała nasza wesoła ekipa bawiła się w najlepsze, a ja siedziałam w kącie i pisałam, albo z obłędem w oczach biegałam po Erywaniu i szukałam wi fi. W Wietnamie pisałam głównie w podskakujących autobusach zaprojektowanych dla ludzi, którzy mają średnio 30 cm wzrostu mniej, niż ja. Nie skarżę się, robię to i będę robiła tak długo, jak długo będę miała z tego satysfakcję. Ale trzeba ci zrozumieć, że za tymi wszystkimi słowami zachwytu i ślicznymi zdjęciami jest wiele wyrzeczeń i jeszcze więcej ciężkiej pracy.

Takich skutków ubocznych prowadzenia tego oto miejsca w sieci, jak piętnaście kilo na plusie nie liczę, choć przecież też musiałam za to zapłacić. Ale to pieniądze – drażliwy temat. Wiesz ile razy idziemy gdzieś w świecie do knajpy, zamawiamy pięć dań, bo na podstawie jednego nikt, kto szanuje swoich czytelników nie będzie nic polecał, po czym okazuje się, że wszystkie są podłe i nie ma sensu o tym pisać? Takich miejsc jest bardzo wiele. To także jest czas i pieniądze. Ale to drażliwy temat. I może czasem chciałabym chodzić co wieczór do knajpy, w której jest mi dobrze, ale jednak przez tydzień odwiedzam dwanaście różnych, żeby ci polecić pięć najlepszych. Żebyś miał wybór. Z podróży zawsze wracam tak zmęczona, że padam na łóżko jak trup i przesypiam dwanaście godzin. Jeśli oczywiście jest mi dane i następnego dnia nie muszę być o ósmej na chodzie. A zwykle muszę. Trochę humorystycznie, ale jednak bardziej serio o tym, jak wygląda mój dzień w Warszawie pisałam tutaj.

Gdzieś pomiędzy tym wszystkim nadrabiam zaległości w mailach, staram się odpowiadać na wszystkie wiadomości czytelników, a biorąc pod uwagę fakt, że każdego miesiąca odwiedza nas tu niemal trzysta tysięcy osób tych wiadomości jest DUŻO. Pytacie o wszystko – o noclegi, o knajpy, o psy, o transport, ale też dzielicie się fajnymi adresami, zdjęciami jedzenia albo po prostu pozdrawiacie z miejsca gdzieś w świecie, w które trafiliście dzięki naszej rekomendacji. Czasem dostaję wiadomość z gatunku: „Jestem w Śródmieściu, za pięć minut przyjdzie moja nowa dziewczyna, gdzie mam ją zabrać, HELP!”. Jeśli przeczytam na czas – też staram się odpowiedzieć, choć czasem nie ma ze mną przez to normalnego kontaktu, bo non stop mam nos w telefonie. Staram się dbać o moich czytelników jak umiem najlepiej, bo ich po prostu lubię. A później przychodzi jakiś Szeryf Internetu i pisze takie coś:

Albo: „Uuu, ewidentnie post sponsorowany, a fe!”. Sherlocku! W treści jest jasno napisane, albo na dole oznaczone, że sponsorowany, ale dzięki za przypomnienie, bo zapomniałabym wystawić fakturę! Mam pełne prawo zarabiać na blogu i to nie jest wynagrodzenie za ten konkretny post. To jest wynagrodzenie za całą ciężką pracę, jaką włożyłam w stworzenie tego miejsca. Co więcej – wydam to na rachunki i kolejne materiały, z których będziesz mógł skorzystać wedle swoich potrzeb. A nawet jakbym chciała wydać na swoje przyjemności, to też mi wolno i nic nikomu do tego. Natomiast mój ulubiony komentarz wszech czasów brzmi: „Bardzo dobry post. Ale byłby lepszy, gdyby nie był sponsorowany”. W jaki sposób byłby lepszy? Bo pomniejszony o ukłucie cebulości w serduszku?

Co więcej – blogerzy się takich komentarzy boją jak ognia, że „I-jo, i-jo, post sponsorowany! Ktoś tu się SPRZEDAŁ! Policja, proszę przyjechać na fejsbuka!” i wiem, że żaden tego tekstu raczej nie udostępni, choć tak na oko 99,9% tych, którzy są w blogowaniu wierni swoim zasadom się ze mną zgodzi. Czego się wstydzicie? Tego, że za swoją pracę dostajecie wynagrodzenie? Boicie się odpływu czytelników? Wyjdźcie z kąta i zrozumcie, że czytelnicy Wam nie cisną, tylko jakieś przypadkowe jednostki chorobowe, które i tak do niczego się nie nadają, bo ani z tym porozmawiać, ani się napić.

Walczę jak lew z agencjami, aby nie ingerowały w treść postów sponsorowanych. I wygrywam. Nikt nie mówi mi co i jak mam pisać, piszę co uważam. Wiesz dlaczego jest mi łatwo pisać dobrze o produktach i usługach, które reklamuję? Bo to JA wybieram co reklamuję. „Za pieniądze” nie oznacza, że opinia jest nierzetelna. Jeśli coś jest dobre, to nie napiszę, że jednak trochę złe, żeby jakiś troll poczuł się lepiej. Moje opinie są moje i nikt mi nie dyktuje jakie mają być. Nie wiem jak jest z innymi blogerami i szczerze mówiąc mam to gdzieś. Wiem, jak jest u mnie.

Bardzo lubię komentarze typu: „No tak, zapłacili, to jest reklama!”. Kochany internetowy żuczku, gdybyś wiedział ile ofert współpracy odrzucam, to by cię chuj nagły biało-czerwony z cebulą w klapie strzelił, że a) proponują mi takie pieniądze oraz b) tak często. Decyduję się tylko na mały procent propozycji, ponieważ nie każda licuje z moimi zasadami i nie każdy produkt czy usługa są godne polecenia. Ostatnio bardzo mnie rozbawiły komentarze, że jakim prawem reklamuję taksówki? Bo przecież nimi nie jeżdżę i nie są elementem mojego życia. Na ogół chodzę boso z tobołkiem na ramieniu.

Wiesz co, Szeryfie Internetu? Ja sobie na ten komfort wyboru bardzo ciężko zapracowałam i teraz z niego z lubością korzystam. Wręcz taplam się w tym rozkosznym stanie, w którym nie muszę wykonywać niczyich poleceń i robię tylko to, co CHCĘ robić. Każdy by tak chciał, nie każdy tak ma, ale wierzę, że ciężką pracą każdy może do tego punktu dojść i jestem tego żywym przykładem. Spróbuj, lekko nie będzie, ale warto! A poza tym tak, zapłacili mi, bo reklama ma to do siebie, że się za nią płaci. Szok, nie? I gówno cię obchodzi ile.

Swego czasu w podcaście u Tomka Tomczyka powiedziałam wprost ile kosztuje mnie utrzymanie bloga, ale jak ci się nie chce słuchać, to napiszę i tu – lekko licząc 150 000 zł rocznie. Blog prowadzę prawie pięć lat. Proszę sobie pomnożyć we własnym zakresie lub za pomocą kalkulatora. W tej kwocie mieszczą się takie rzeczy jak hosting, pomoc informatyka, przeloty, paliwo, hotele,  wynajem samochodów, sprzęt, knajpy oraz wszystkie pozostałe wydatki związane z tym, by mogły powstawać materiały na bloga. Materiały dostępne dla wszystkich zainteresowanych, aby mogli sobie z nich wybierać to, co im najbardziej odpowiada. Dla jednego będzie to nowa knajpa, do której pójdzie i fajnie zje, dla drugiego pomysł na wakacje, a dla trzeciego rekomendacja produktu, który mu się przyda. Aby sobie dodatkowo utrudnić, recenzje restauracji są całkowicie wykluczone z jakichkolwiek współprac – tak było, jest i będzie. Czy w związku z wydatkami, które regularnie ponoszę założyłam abonament dla czytelników? Oczywiście, że nie. Kocham to, co robię i kocham dzielić się wszystkimi naszymi odkryciami – proszę, bierz i ciesz się tym, co ci się podoba. Ale mój PIT, to jest moja sprawa.

Tak naprawdę to nie jest tekst kierowany do stałych czytelników. Stałych czytelników mam tak zajebistych, że inni blogerzy spokojnie mogą zielenieć z zazdrości. To Wy stajecie za mną murem, to Wy ciśniecie w komentarzach jakimś zbłąkanym trollom i to Wy piszecie mi tak ciepłe słowa, że chcę dla Was robić jeszcze więcej i dowozić jeszcze lepszą jakość. To jest tekst kierowany do tych, którzy czują się w obowiązku przejechać się po kimkolwiek dlatego, że a) w internecie można, b) mają IQ taboretu i zrozumienie jak funkcjonuje świat przerasta ich możliwości poznawcze.

To jest tekst, który powinni przeczytać wszyscy ci, którzy nie wchodzą w cywilizowaną polemikę, lecz ich celem nadrzędnym jest dojebanie blogerowi i podważenie jego wiarygodności. Przykład? Proszę bardzo: „Lubiłem tu wchodzić, ale od jakiegoś czasu sam sponsorowany spam. A to jakiś szrotowy osprzęt żeglarski, a to wyszukiwarka podróży, a to jakaś januszowa wycieczka.” Koleś specjalnie założył konto na disqsie, żeby to napisać, czujecie to? Ale jak lubił wchodzić, to siedział cicho. Ten „szrotowy sprzęt” to żeglarska półka premium, marka którą noszę od jakichś piętnastu lat i szczerze kocham za jakość. Ta wyszukiwarka, to coś, co od lat oszczędza mi masę pieniędzy podczas rezerwacji lotów. Ta „januszowa wycieczka” to cudowny Mauritius i pięciogwiazdkowy hotel. Publikację tych postów dzieli wiele miesięcy, a wszystkie wypłynęły z umiłowania dla tych konkretnych marek i miejsc. To jest ten „sponsorowany spam”. I jeszcze mi za to zapłacili. Tyle wygrać! Nie wiem jak to się nazywa w psychologii, ale w internecie mówimy na to „ból dupy”.

I nie chodzi o to, że się żalę. Nie. Raczej uświadamiam pewnej części użytkowników internetu jak jest skonstruowany świat. A dla tych, co mnie próbują rozliczać mam gościnnego bana – zawsze wciskam go środkowym palcem, dla zasady. Bo ja nikogo nie rozliczam z tego, że na koniec miesiąca dostaje pensję. Na tym blogu były i będą reklamy, na dobrą sprawę dostaję tyle propozycji, że gdybym chciała, to mogłabym puszczać post sponsorowany dwa razy dziennie, ale jakoś tego nie robię. Tak sobie zorganizowałam życie, że moja pasja jest równocześnie moją pracą i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. A miejscem pracy jest internet. Jeśli nie jesteś w stanie dźwignąć tego, że pojawiają się na tym blogu marki, które uważam za wartościowe, to w pizdu wyłącz cały internet i wyprowadź się do lasu, bo w internecie reklamy są wszędzie.

Chodzi o to, żebyście zrozumieli, że świat się zmienił. Bloger to zawód, prowadzenie bloga to praca, w niektórych przypadkach bardzo angażująca i wyczerpująca. Powszechnie wiadomo, że prowadzenie czegoś własnego to nie to samo, co etat, który daje możliwość pierdolnięcia drzwiami o godzinie 17:00 i wymazania z pamięci ostatnich ośmiu godzin. Budujemy świetne miejsca w sieci, wkładamy w nie całe serca i nie jesteśmy „Wyborczą”, która każe Wam płacić abonament. Ale niestety nie posiadamy w ogródkach drzew, na których zamiast liści rosną banknoty. Jeszcze nie. Dopiero jak zarobimy miliardy na tych blogach, to sobie takie drzewa posadzimy i wtedy zaprosimy wszystkich na „Hajs Party – rwiesz ile chcesz”. Oczywiście sponsorem eventu będzie producent szampana, więc nie zapomnijcie dodać hasztagu!

Magda

Post powstał we współpracy z wkurwieniem na głupotę i bezinteresowną złośliwość.


  • Joanna Gołaszewska

    Dawno, dawno temu prowadziłam bloga książkowego. I nawet tam znalazł się jakiś troll z bólem dupy, który pisał, że recenzja książki nierzetelna, gdyż książkę dostałam od wydawnictwa. Zawsze znajdzie się jakiś mały złośliwy gnom z zaciśniętą dupą, który uważa, że wie lepiej, a ty się sprzedajesz. Więc luz, rób swoje, bo ja Cię czytam, tylko nie komentuję, bo po prostu piszesz wszystko, co trzeba i nie ma nic do dodania. Bardzo dobry tekst 🙂

  • fotografiakulinarna

    Pamiętajcie buce na przyszłość , dzięki zaangażowanym blogerom macie informacje : gdzie spać, gdzie żreć, co oglądać, jak dojechać , co kupić, jak zaoszczędzić … No i co najważniejsze wszystko podane na tacy w nieomalże jednym miejscu. Doceńcie to , ja wiem, że jesteście przyzwyczajeni do szybkiego dostępu informacyjnego a co najważniejsze do informacji „za darmo” , kiedyś tego nie było, także doceńcie to, że ktoś wyciera swoje dupsko dla Was, a że przy okazji przy tym przytuli trochę kasiory to nic tylko się cieszyć . Jak zazdrościcie to sami ruszcie własne (_!_) to zobaczycie jak ciężko przebić się przez konkurencję bo „blogować” teraz „każdy umi” 😉 . Swoją drogą niektórzy to muszą mieć twarde poślady od ciągłego dupościsku 😛 .

  • Lubię Cię. Jeszcze bardziej!

  • Piotr Krzysztof Kułaga

    Lubię to 😉 na pochybel!

  • Beata

    Brawo. Pracuje w usługach i doskonale wiem co to cebulski hejt . Tak trzymaj. Pozdrawiam

  • Maciej

    Mogłaś tego wszystkiego nie pisać. Mądry człowiek to po prostu wie, rozumie, a głupiemu i tak nie przetłumaczysz.

  • Magdalena Wojtyńska

    Hajs party – Będę! 😉 Super tekst!

  • I love u! 🙂 Dawno nie czytałam tak dobrego wpisu – dzięki za niego! Mam nadzieję, że dobry humor w jaki wprawił mnie ten tekst nie zniknie do końca dnia 🙂 Pozdrowienia z Krakowa!

    • Paula

      Cieszę się, że ktoś napisał to, co i ja chciałam napisać, bo myślę identycznie. Z tym postem trochę poszło nie w tą stronę co trzeba.

  • Moim zdaniem – jeśli się z tego utrzymujesz, to zawsze będzie konflikt interesów.

    Żeby było jasne: max Cię cenię, czytam zawsze, pierwszy broniłem przed ByćMoże, uważam że z 90% trafiasz w 10 i chodzę w miejsca, które polecasz.

    Drobne rzeczy mnie irytują, np opóźnianie moich komentsów o burgerze bo coś frytkach w żartach napisałem, post o mytaxi mnie osobiście nie przekonał, a przy kolejnym lajfstajlowym poście (jak pierwszy o taksówkach) na pewno pomyślę „czy aby ona nie pisze tego w jakimś celu; jaki będzie kolejny post?”.

    Ale tych drobnych jest znacznie mniej niż tych dobrych – zasadniczych. Masz zajebistego bloga. Powinnaś być dumna a nie się tłumaczyć i rozdzierać szaty „jaka to ciężka praca”.

  • gośka

    no cóż skrzecząca rzeczywistość … tak jak korzenie róży w kompoście to co wąchamy jest wspaniałe to co pod spodem skomplikowane i niezbyt miło pachnace ale tylko razem żyją. A ja dziękuję za wspaniały blog – czytam go z ogromną przyjemnością . I zapraszam serdecznie ze zwierzęcymi przyjaciółmi do mojej malutkiej agroturystyki ,, kocia zagroda” w Bieszczadach. Pozdrawiam i trzymam kciuki Gośka

  • Poczyniłem obserwację jakiś czas temu. Otóż od pewnego czasu istnieje coś takiego jak moda na chamstwo. I jest na to społeczne przyzwolenie w przestrzeni publicznej. Nie ma wyraźnego napiętnowania takiego kogoś kto pielęgnuje tę modę. Jaskrawym przykładem są właśnie głupie komentarze o tym, że ktoś na swojej pracy zarabia. Podobnie jak autorka zajmuję się czymś co bardzo lubię, najczęściej robię to w pozycji leżącej z laptopem na kolanach i jeszcze mi za to płacą. Podejrzewam, że potraficie sobie wyobrazić, jak to musi wkurwiać tych, co idą na 7 rano do kopalni.
    Uważam Magdo, że nie masz żadnego obowiązku tłumaczyć się komukolwiek ani ze swoich decyzji dotyczących wyboru publikacji na blogu, ani tym bardziej ze swoich zarobków. W katolandzie jest wiele tematów tabu. Jednym z nich były, są i będą pieniądze. Im ktoś ma mniej chęci by je zarabiać i mniej pomysłów na siebie, tym większy ból dupy u niego wywołują. Tak było, jest i będzie. Szkoda tylko że przeszło na tzw młode pokolenie. Wyrobnicy, robole, ludzie z zerowymi kwalifikacjami w każdej dziedzinie zawsze będą sobie podwyższać mniemanie obrażaniem innych bo inaczej nigdy nie będą potrafili.
    Dlatego rób swoje, bo robisz to dobrze i nie przejmuj się pierdołami. Wywiad u tomczka super 🙂
    Komentarz jest sponsorowany przez zdrowy rozsądek. Pozdrawiam 🙂

  • Cudowny tekst – taki torcik z wyśmienitym kremem i sprężystą wisienka na szczycie ❤

  • elciasloneczko

    Padłam 😉 w dechę

  • Pff.
    Kiedy osiągniemy ten stan umysłu, którzy ludzie mają zagramanicą? Tam jakoś nikt nie burzy się za wplecioną z polotem reklamę. Hipokryci. Może zaczną wyrzucać przez okno telewizory, bo tam to można mówić o sterowaniu, manipulacji i sprzedaniu się, zresztą na pewno wyszłoby to każdemu na dobre.
    Polska. Kraj krzyczących frustratów, którzy dopóki nie wymrą, będą próbować ciągnąć wszystkich w dół.

    • Zagramanicą nie ma aż takiej wielkiej różnicy, nie popadajmy w przesadę. Cebulactwo, jakkolwiek paskudne to określenie, nie jest kwestią narodową, tylko osobniczą – wszędzie na świecie są ludzie, których drażni to, że inni zarabiają pieniądze lub to, w jaki sposób je zarabiają. To nie polska specjalność, nawet jeśli tak brzmi bardziej dramatycznie.

  • Malwina T

    „A dla tych, co mnie próbują rozliczać mam gościnnego bana – zawsze wciskam go środkowym palcem, dla zasady.”- jakież to genialne 😀

  • Będę Cię linkować jak mi jeszcze raz ktoś napisze, że link to powinien być oznaczony bo raczyłam w nim gdzieś na dole polecić swoją książkę, a on by w reklamę nie kliknął i jego oczy zaszły mgłą od tego nagłego styku ze światem komercji, gdy spodziewał się tylko darmowej, cudownej pożywki duchowej. 😛

  • Piotr Kurek

    Matko Joanno od aniołów, jak dobrze mi się to czytało!!! Uwielbiam Pani Styl!!! Nie zgadzam się z tymi, którzy stwierdzają, że ten wpis był niepotrzebny! Był właśnie bardzo,kuźwa, potrzebny! Żeby niektórzy zrozumieli, że nawet jeśli ktoś ma pracę do której idzie uśmiechając się jak wariat albo jak świeżo zakochany -chociaż to w sumie jedno i to samo 😉 – a przy odrobinie szczęścia uśmiecha się wracając to nie oznacza, że ma nie zarabiać! To nadal jest praca: świat w którym trzeba być punktualnym (bo to wynika z szacunku do drugiego człowieka), świat w którym jednego dnia wracasz do domu o 23:00 aby następnego zrywać się o 4:00 i w końcu cieszysz się jak dziecko, kiedy słyszysz komplementy pod adresem pracy jaką wykonałeś/aś (bo o czym kiedyś tu była mowa, Polacy napiwków nie dają). Ktoś, kto kocha to co robi, ma pełne prawo dobrze na tym zarobić.
    Podsumowując pisze Pani świetne teksty, czytam z ogromną przyjemnością!
    Serdecznie pozdrawiam

  • Beata Szwichtenberg

    Święte słowa co do tej zawiści i zaglądania w portfel. I to nie tylko blogerów się tyczy 🙂

  • Dorota Sadowy-Sadowska

    Droga Krytyko, uwielbiam twój blog i nie rozumiem, czemu poczułaś, że tej Polsce od Martyniuka (bo druga część jest od Młynarskiego) masz się tłumaczyć. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to żeby sobie ulżyć. Jeśli tak, to pochwalam.

  • Ten tekst jest tak kurewsko dobry, że gdybym nie miała konta na disqusie to bym je sobie założyła, żeby to napisać 😉

  • Ola Jachym

    Taka prawda.

  • Lech Okoń

    Gratuluję wybornego tekstu! Przybył Ci czytelnik.

  • Chuda

    Pozdrawiam Cię serdecznie 🙂

  • Wpadłem, przeczytałem i zostawiam komentarz: świetny tekst i bardzo potrzebny. Dziękuję Magda za czas i pracę, którą w niego włożyłaś.

  • Krzysiek Kempisty

    Penis, dupa, cycki!
    Dobrze napisane <3

  • Magdalena G-ka

    Droga imienniczko, zazdroszczę tak pozytywnie i współczuję całkiem po ludzku. Sama kilka lat prowadzę bloga i choć to tylko hobby, nie praca, to wiem ile wysiłku wymaga.
    Ostatnio nawet pisałam o fajnym miejscu… jeszcze mało popularnym, za granicą, efekt – przykry, brak zainteresowania. Wyszło na to, że napisałam to dla siebie. Cóż… Miło będzie wrócić, smacznie na pewno…
    Jak ja Cię rozumiem. Choć dla mnie to wciąż bardziej zabawa
    Pozdrawiam ciepło
    Magda z Krainy Szczęśliwości

  • Wioleta Sikora

    Super wpis. Twój blog czytam od dłuższego czasu z wielką przyjemnością. Cieszę się, że napisałaś jak wiele pracy i serducha w to wkładasz. Choć dla inteligentnych nie jest to nic dziwnego, bez Twojego ogromnego zaangażowania, poświęconej pracy, czasu i pieniędzy blog byłby jednym z milionów miernych i niewartych uwagi. A frajerów trzeba banować, niech się udławią własną żółcią. Znasz swoją wartość, pisz dalej wyłącznie to co chcesz i wiedz, że czasami Twój blog ma moc tworzenia ludzkich marzeń. Pozdrawiam i ściskam ciepło i serdecznie.

  • Natalia

    Bardzo potrzebny tekst! Podpisuję, uwielbiam blogerów i Waszą pracę.

  • Pionierka

    Najzabawniejsze jest, że ludziom absolutnie nie przeszkadza, że każde, nawet najdurniejsze czasopismo typu „najprawdziwsza prawda o miłości” czy inne „przepisy babci Krysi” zarabia, że w środku są reklamy, dziennikarze dostają wynagrodzenie, a czytelnik jeszcze musi zapłacić, choćby tę złotówkę. Ale jak jest w internecie to ma być za darmo nie tylko dla czytelnika tylko jeszcze autor ma nie zarabiać

  • Nic dodać nic ująć. Świetny tekst!

  • spm

    Ej, tak z ciekawości to jak to rozliczasz? Prowadzisz działalność gospodarczą i te wszystkie wydatki w rodzaju biletów lotniczych i paliwa wrzucasz w koszty a reklamodawcom wystawiasz faktury? Czy wszystko na gębę?
    PS. nie jestem z urzędu skarbowego 😛

  • Przemysław M

    Dlaczego utozsamiasz negatywne cechy charakteru z takim zdrowym warzywem jak cebula? Czy ludzie jedzacy cebule sa gorsi czy samo warzywo?

  • Gosia Filiczkowska

    Aż się mocno zastanowiłam, czy mi się chce zaczynać z własnym blogiem. Eh! Zaryzykuję, bo mimo wszystko bije radość i spełnienie z tych Twoich literek.

  • Paulina p

    nie mam w zwyczaju komentować postów, więc pozostawiam tutaj wyrazy głebokiego szacunku 🙂 pozdrawiam i dziękuję za każdego posta <3

  • Paula

    W takim razie nie jesteś jedyna, która myśli inaczej, to co napisałaś Kutfa jest idealnie ujęte. Bo generalnie posty są super, ale tutaj trochę poszło nie w tą stronę co trzeba.l

  • Aleksandra Muszyńska

    Pozwolę sobie się wtrącić i poprowadzić wątek tego, co nazywamy „ciężką pracą”. Niespecjalnie rozumiem, czemu robienie tego, co się lubi ma determinować automatycznie, że wykonywana praca jest lekka. Ja też lubię to, co robię, ale nie raz i nie dwa zasypiałam „na bociana” nad dokumentami późnym wieczorem, bo musiałam być przygotowana merytorycznie na rano i musiałam to zrobić po godzinach. Nie wydobywałam diamentów w kopalni gdzieś w RPA ani nie rozwoziłam mleka dorożką w zimowy dzień – czy to znaczy, że nie pracuję ciężko? Bo z komentarza płynie dla mnie trochę taki obraz, jakby tylko praca fizyczna, najlepiej jeszcze w udręczeniu, złych warunkach i słabo płatna, była TĄ PRAWDZIWĄ pracą, solą tej ziemi. Nie daj Bóg, żeby ktoś pracował mózgiem, lubił to, był w tym dobry i jeszcze na tym zarabiał, bo tylko wykopywanie kartofli szczerbatą łopatą albo uczenie czytania dzieci w Rwandzie to prawdziwa praca.
    To, że coś jest powszechne, to nie znaczy jeszcze, że jest normalne i że trzeba bezkrytycznie przyjmować to na klatę. Rozliczanie kogoś z zarobków, zwłaszcza w napastliwy sposób, uważam za chamstwo. A z chamstwem trzeba postępować krótko, brutalnie i piętnować je szeroko – tu zgadzam się z autorką bloga.