lizbona

Lizbona – miasto stworzone do zakochania

Rzadko piszę aż tak na gorąco. Zwykle szkoda mi czasu, który wolę wycisnąć do końca i dopiero po powrocie na spokojnie spisywać wrażenia. Ale czasem mam tak, jak teraz – muszę, MUSZĘ się z Wami podzielić tymi wrażeniami jak najszybciej, jeszcze będąc tutaj, ciesząc się tym klimatem, siedząc w jakiejś przypadkowej kawiarence. Muszę, bo się uduszę.

lizbona

Nie wiedzieć czemu Lizbonę rzadko wymienia się obok najpiękniejszych europejskich miast, które choć raz w życiu trzeba zobaczyć. A to okropne przeoczenie. Okropne! Tu jest wszystko, czego człowiek potrzebuje, aby zwiedzać w stylu slow: doskonały klimat, odległości od poszczególnych atrakcji, które dzielimy na dwie kategorie – 10 minut spacerkiem lub 7 euro, bo są też tanie taksówki, jest interesująca topografia, dzięki której nie sposób się nudzić, są mili ludzie i przede wszystkim wspaniałe jedzenie na każdym kroku. Chyba się zakochałam.

lizbona

lizbona

lizbona

Po Lizbonie chodzi się przyjemnie i przy minimalnej orientacji w terenie dość łatwo połapiecie się gdzie jesteście. My po dwóch dniach trzy czy cztery najbliższe dzielnice ogarnialiśmy na tyle, by nie zaglądać już do map. Tu w ogóle dobrze jest włączyć sobie szwendacza. Mieliśmy oczywiście sztywny plan do zrealizowania i w najbliższych dniach postaram się napisać Wam dwa stricte przewodnikowe teksty: co zobaczyć (a co można sobie odpuścić) i gdzie jeść, bo już kilka osób biło na alarm, że zraz wyruszają do Lizbony i jest zapotrzebowanie. Ale do brzegu – otóż warto włączyć sobie szwendacza, mieć oczywiście z tyłu głowy wszystkie te atrakcje, które oferuje miasto, jednak spróbować chłonąć je po swojemu.

lizbona

lizbona

lizbona

lizbona

lizbona

lizbona

Mimo, że pogoda przytrafiła nam się dość kapryśna, to w ogóle nie zrobiło to na nas wrażenia. Z dużą przyjemnością zapuszczaliśmy się w zaułki Alfamy, wdrapywaliśmy się po stromych uliczkach Bairro Alto, przysiadaliśmy gdzieś na kieliszek wina, a ja konsekwentnie zjadałam pasteis de nata sprzedawane we wszystkich mijanych miejscach. Jeszcze dwa i będę się mogła nazwać ekspertką od tych rozkosznych, wypełnionych kremem budyniowym ciasteczek, których fenomenu zupełnie nie rozumiałam, aż do teraz. Bo teraz – przepadam!

Tak samo, jak za Lizboną. To jest jedno z tych miejsc, z których wraca się zauroczonym i chce… wracać. Nie miałam wielu takich zachwytów w ostatnim roku, może dwa, może trzy. Cieszę się, że Lizbona dołączyła do tego zacnego grona.

lizbona

lizbona