Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel

Karczma Łemkowyna, Cisna

www

Cisna 13, 38-607 Cisna

Może wiecie, a może nie wiecie, w Cisnej latem odbywa się regularny festiwal krewetek i nie mówię tu o jedzeniu. Plac przed sławną Siekierezadą, będącą już rodzajem instytucji kulturalnej, obstąpiły chatki, straganiki, pseudogaleryjki z pseudouknikatowym rękodziełem, zamaszyście też przysiadła Karczma Łemkowyna, do której zaraz dotrzemy. Sama Siekierezada ma swoją historię i trudno ją obwiniać o obecny stan rzeczy, bo turystów jest wszędzie coraz więcej. Pewnie, że to już nie to, choć stara część wciąż przypomina ponury loch z łańcuchami, siekierami i diabłami wyzierającymi z każdego kąta, a stołki podpisane i kiedyś często używane przez najsławniejszych bieszczadzkich zakapiorów nadal kuszą. Kuszą, by usiąść na miejscu Jędrka Połoniny i się po bieszczadzku zalać w pestkę. Z legendy, którą owiana jest Siekierezada korzystają wszyscy wokół, Karczma też przechwytuje część klientów, choćby z tej przyczyny, że kuchnia Siekierezady czasem nie jest w stanie obsłużyć jednocześnie kilku autokarów po brzegi wypełnionych żądną wrażeń bracią emerycką i szeregu przypadkowych turystów przemieszczających się w mniejszych grupach.

Nie wiem po co dałam Karczmie szansę, skoro wszelkie znaki na niebie i Ziemi wskazywały, że będzie klasyczny, turystyczny przemiał. I był.

Zaczęliśmy od bardzo kiepskiego żurku, na złej, złej, taniej kiełbasie, z dodatkiem prezentującego podobny poziom jajka. IMG_5380Współbiesiadnik zaordynował flaki, których walory smakowe określił dość jasno: „mogą być”.

IMG_5381Poszliśmy tego dnia również w pierogi i na początek pojawiły się te z bundzem owczym, pokrzywą i czosnkiem niedźwiedzim, zwane „cieśniańskimi”, co samo w sobie już brzmi fałszywie, bo autochton powiedziałby „cieśnieńskimi”, a dlaczego właśnie tak, to już opowiastka na inną okazję. Słowo wyjaśnienia – Bieszczady stoją kuchnią polską, lokalną, swojską, cieżką i z grubsza wszystkim znaną, więc kiedy się je w ten sposób od dłuższego czasu, to człowiek zaczyna pragnąć czegoś nowego, fikuśnego, nieoczywistego. I powiedzmy, że w tych okolicznościach pierogi z bundzem i pokrzywą w pewnym stopniu to pragnienie zaspokajają, bo zachcianki czasem należy kroić na miarę. Niestety tylko na papierze, bo już to, co wjechało na stół było kosmicznym nieporozumieniem. W bułowatym, niedobrym cieście, smażone na głębokim tłuszczu, z dziwnym, w jakiś sposób niepasującym aromatem bundza, któremu absolutnie nic nie stawiało oporu. Sytuacja z ruskimi podobna – identyczne ciasto, identyczny smród oleju palmowego, fuj. Ze stopniem zrumienienia nie chce mi się nawet dyskutować, kto ma oczy, ten widzi.

IMG_5383IMG_5382Jagnięcina po atamańsku (cokolwiek to znaczy) duszona z warzywami, podlewana winem i piwem. No, przyznam, że bardzo mnie to danie zaskoczyło, ponieważ nie było ohydne. Co prawda nie czułam tam ani wina, ani piwa, zaś sos powinien zniknąć w czeluściach piekieł, był bowiem rozwodnioną zupą jarzynową, ale mięso, o dziwo, było jadalne. W czasie posiłku padło takie stwierdzenie: „Nie wiem co kucharz chciał tym daniem wyrazić, swoje rozczarowanie życiem?”. Cóż, faktycznie tak to wszystko smakowało – jak rozczarowanie.

IMG_5385Placki ziemniaczane smażone na oleju palmowym, czego nienawidzę, bo wszystko przygotowane w ten sposób smakuje obrzydliwie. Placki R.I.P.

IMG_5386I jak wisienka na torcie – beznadziejny serwis. Niekontaktowy, objętny, nie wykazujący nawet krztyny zainteresowania naszymi potrzebami, ani faktem, że większość dań pozostała niemal w całości na talerzach. A talerze wyglądały tak (PO posiłku, nie przed):

IMG_5388 Przyznam, że nie pamiętam ile za te wątpliwej jakości wspaniałości zapłaciliśmy, ale właściwie jakie to ma znaczenie?

Dwie świnki tylko dlatego, że mięso było jadalne i nie bolały nas brzuchy.

pigs2

Magda


  • B.buuush

    Karczma Łemkowska w Cisnej… wspomnienia, o których chciałoby się zapomnieć!!
    Trzy osoby z naszej paczki miały 24 godziny wyjęte z życia dzięki jedzeniu podanemu w tym miejscu. Silne zatrucie pokarmowe po gulaszach z dziczyzny, (sarniny, dzika i baraniny), które przeżyliśmy, przywołuje bardzo przykre wspomnienia z naszych wakacji na Podkarpaciu.
    Stare mięso, paskudne w smaku i wyglądzie, a na dokładkę niemiła obsługa, która nie była w stanie wydusić z siebie słów: przykro nam, nasza wina, przepraszamy.
    Kucharki upierały się że gotują ze sprawdzonych produktów i wszystko codziennie na świeżo, a my zatruliśmy się czym innym a nie ich jedzeniem!
    Wyszliśmy zniesmaczeni życząc im, oby więcej nie truli ludzi!!