Najpopularniejszy i najbardziej opiniotwórczy blog restauracyjno-podróżniczy w Polsce
CZYTASZ

Mia – nasz najlepszy posiłek w Wietnamie /Mu...

Mia – nasz najlepszy posiłek w Wietnamie /Mui Ne

W Mui Ne spędziliśmy cztery dni. To był nasz najdłuższy przystanek w czasie tej podróży. Tak sobie to zaplanowaliśmy, że przed powrotem do Sajgonu, po zatoczeniu solidnego kółka po południowej części Wietnamu, zrobimy sobie dobrze. Wynajęliśmy więc bungalow przy plaży i nie ruszaliśmy ani rączką, ani nóżką.

Nie napiszę, że południowy Wietnam był dla nas kulinarnym olśnieniem czy zachwytem. Jedliśmy na ulicy, tak jak Wietnamczycy – siedząc na niskich krzesełkach, strącając ze stołu karaluchy. I to jest ok. To po prostu kolejne doświadczenia do kolekcji. Jedliśmy dziwne rzeczy, których nazw do dzisiaj nie znamy, jedliśmy skorpiony i stuletnie jaja. I to też jest ok. Jedliśmy w niezłych sushi-barach, w drogich restauracjach, na targach, jedliśmy najgorsze ryby w życiu w Delcie Mekongu. I to wszystko też jest ok. Ale cały czas szukaliśmy Świętego Graala – najlepszej zupy pho.

Leżąc tak na leżaku w Mui Ne, gapiąc się na basen, palmy i dalej morze, regenerując siły drinkami z palemką, postanowiliśmy się w końcu ruszyć. Po kilku umiarkowanie podniecających podejściach do lokalnego street foodu i kilku polecanych jadłodajni byliśmy już trochę zmęczeni. Europejskie pieszczochy chciały białego obrusu, serwetek z materiału i kieliszków do wina. Tym razem knajpę wybierał Jacek. Chciał mi zrobić przyjemność i… Och, jaką on mi zrobił przyjemność!

Mia Resort to jeden z najdroższych butikowych hoteli w Mui Ne. Słusznie, bo jest przeuroczy, kameralny, z przepięknym, tajemniczym ogrodem i dobrze wyszkoloną obsługą. W Wietnamie wcale nie jest o to ostatnie tak łatwo, więc doceniam tym bardziej. Jeśli kiedyś tam wrócimy, to właśnie do tego hotelu. To smutne, że przegapiliśmy go przeczesując Booking, więc uprzedzeni nie popełniajcie naszego błędu.

Oczywiście menu jest nieskończenie długie i są w nim również evergreeny kuchni europejskiej, ale ja z pełną premedytacją wybrałam wyłącznie wietnamskie klasyki. Natomiast Jacek poszedł w bufet z grillem i mlaskał z zadowolenia tak samo, jak ja. Ale zostawmy mięso, nawet najlepiej doprawione, zgrillowane i obłędnie soczyste/aromatyczne/co tylko chcesz.

IMG_9724Standardowo zaczęliśmy od sajgonek i spring rollsów – te pierwsze cudnie chrupiące, ale nie tłuste, ze świetnie przyprawionym mięsem, a te drugie świeże, rześkie, chrupiące i zwyczajnie smaczne. Ale olśnieniem była dopiero zupa pho. Takiej właśnie szukaliśmy przez te wszystkie dni – cudownie esencjonalnej, pełnej w smaku, uczciwej i dopieszczonej. Takiej gotowanej z sercem, znajomością rzeczy i zaangażowaniem.

IMG_9726IMG_9729

Zamówiliśmy też tom yum kung, czyli wersję tom yuma z kurczakiem. Fantastyczna. Lekko tłusta, pełna umami, z soczystymi kawałkami kurczaka, z wyraźnym smakiem liści kaffiru i trawy cytrynowej. Pikantna w punkt. Nie jestem wielkim fanem ostrych smaków i mój próg jest dość wysoko, ale choć paliła język – nie mogłam przestać jej jeść. Obłęd.

IMG_9725

A właściwie obłęd nastąpił dopiero przy kolejnym wietnamskim klasyku – boczku z chrupiącą skórką. Ależ to była rozkosz! Genialnie delikatny tłuszczyk miał szansę wniknąć w mięso i nadać mu ten specyficzny smak, który sprawia, że nie możesz przestać jeść. Skórka była w sam raz chrupiąca, by sprawiać jedzącemu autentyczną przyjemność. Kilka razy wcześniej trafiliśmy na boczek ze skórą twardą, jak podeszwa. Ale to nie ten przypadek. Do tego zwykłe tłuczone ziemniaki i szpinak wodny. Totalna prostota w doskonałym wydaniu.

IMG_9731Na koniec, w ramach dopchnięcia palcem, zamówiliśmy omlet z owocami morza. Nie zjedliśmy nawet połowy i prawie z płaczem oddawaliśmy kelnerowi talerz. Kalmary i krewetki rozpływały się ustach, falbanka przysmażonego jajka cudnie chrupała, a środek jajecznego placka był kremowy. Do tego orzeźwiająca kolendra i nieprawdopodobna wprawa w obchodzeniu się z przyprawami. Nadal żałuję, że nie byliśmy w stanie zjeść tego dania do końca.

IMG_9735Kolację w tej restauracji wspominamy z autentycznym rozrzewnieniem. W żadnej ulicznej knajpie nie spotkaliśmy tak dopieszczonych smaków i nadal uważam, że wyścigi kto zjadł taniej na ulicy to poroniony pomysł. Mia to żywy dowód. Knajpa hotelowa, w hotelu należącym do Australijczyka, nakarmiła nas bardziej wietnamsko, niż jakakolwiek inna przez dwa tygodnie podróżowania po Wietnamie. Amen.

Za to wszystko plus dwa drinki i softy zapłaciliśmy ok 350 zł.

pigs5

Magda

Info

www
24, Nguyen Dinh Chieu Street, Mui Ne Binh Thuan Province, Vietnam