Najpopularniejszy i najbardziej opiniotwórczy blog restauracyjno-podróżniczy w Polsce
CZYTASZ

Mennicza Fusion – mamy tych samych bogów

Mennicza Fusion – mamy tych samych bogów

Do Menniczej ciągle mi było nie po drodze, ale się uparłam. I są takie momenty w życiu, kiedy cieszę się, że jestem upartą cholerą. Na przykład jak jadłam ostrygi w Menniczej, to się cieszyłam jak dziecko. Mamy tu bowiem fine dining w wyjątkowo smacznym wydaniu, a modlą się do masła, crème fraîche i umami. Czyli mamy tych samych bogów.

Korzystając z okazji chciałabym dorzucić swoje dwa grosze do tematu fine diningu w Polsce, bo mam ostatnio wrażenie, że ma słabszy PR. Ja wszystko wiem, że bistronomia, że upraszczamy, że dobry produkt i niezbyt skomplikowane dania, że łatwe do rozczytania smaki. Fajnie, ja też to lubię i cenię, bo to bardziej codzienne jedzenie, zrozumiałe dla wszystkich, jedzenie które nie usztywnia. Ale zanim ktoś znowu napisze, że #fuckfinedining niech najpierw uprzejmie wyjmie głowę z pupy i zechce zauważyć, że fine dining to również szereg technik, które weszły do powszechnego użytku, fine dining to nieskończona ilość nieoczywistych, a wspaniałych połączeń smaków i wreszcie niewyczerpane źródło inspiracji oraz zwykłej radochy dla każdego, kto ceni dobre jedzenie. Reasumując – dajcie żyć i róbcie to, w czym czujecie się dobrze. To naprawdę jest aż tak proste.

No to do adremu, jak mawiają poloniści. Od razu mówię, że w Menniczej byliśmy wieczorem, oświetlenie było umiarkowane w kierunku półmroku i co mogłam zrobić, to zrobiłam, ale nie jestem zadowolona z tych zdjęć. Za to z jedzenia bardzo.

Wszystko jest tu jak trzeba, jedynie obsługa chyba nieopierzona, bo choć skład poszczególnych dań pięknie recytuje, to jeszcze bez tego luzu i wprawy. Może po prostu potrzebują więcej czasu, bo mili są szalenie i rolą przejęci.

gdzie zjeść we wrocławiu

Najpierw świetny domowy chleb z masłem, który zjadamy do ostatniego okruszka, bo niewiele jest lepszych rzeczy, niż chrupiąca skórka i miękkie masełko. Jest oczywiście maleńkie amuse bouche, a zaraz za nim wjeżdża świeża, mięsista ostryga ułożona na crème fraîche, gdzieś tam pod spodem kilka kuleczek kawioru i dekoracja ze szczawiku zajęczego, taka bardzo prosta rzecz, a tak obłędnie smaczna, że zjadamy i natychmiast zamawiamy po jeszcze jednej. Na pierwszy plan wybija się cała morskość ostrygi, a crème fraîche pięknie ten smak zaokrągla. W ogóle miałam taki pomysł, żeby zamówić tuzin i już nie zaglądać do menu. Jeśli tylko będą mieli ostrygi, to idźcie w nie jak w dym!

gdzie zjeść we wrocławiu

gdzie zjeść we wrocławiu

Przystawki wybieramy morskie – ja przegrzebki (44 zł), a Jacek tuńczyka (40 zł). O jakież to są piękne smaki! Carpaccio z przegrzebków jest lekkie jak tchnienie, bardzo wakacyjne, a to wrażenie lekkości podbija ogórek i zamyka subtelna słodycz smoczego owocu. Świetna, delikatna rzecz. Tuńczyk ma już bardziej zwartą strukturę i gdybym miała ją jakoś opisać, to użyłabym dwóch pozornie sprzecznych słów – jest jednocześnie kremowy i zamszowy. Fantastycznie sprawdza się tu popiół, podobnie jak us z selera i cieniutkie plasterki surowego kalafiora w ramach przełamania struktur. Ale bardziej jest to wszystko tłem dla ryby, drobnym smaczkiem, pieprzykiem, niż motywem przewodnim. Na tym właśnie polega kunszt, że główny produkt gra na talerzu pierwsze skrzypce, a cała reszta jest tylko dobrym towarzystwem, przyjemnym i potrzebnym tłem.

gdzie zjeść we wrocławiu

gdzie zjeść we wrocławiu

gdzie zjeść we wrocławiu

gdzie zjeść we wrocławiu

Przy głównych też nie mamy wielkiego problemu z wyborem – Jacek wybiera raję (69 zł) choćby dlatego, że tak rzadko trafia się ją w menus, a ja bób (45 zł), bo wciąż jeszcze sezon i trzeba się nim cieszyć ile wlezie. Gwoli doprecyzowania – dania opisane są dość enigmatycznie, więc nie wiemy jaką poszczególne produkty przyjmą formę. Na przykład bób / żółtko / bazylia to prostokątne pierożki. Tu akurat jest błąd w menu i to danie nie zawiera żółtek. Właśnie z ich powodu spodziewałam się czegoś w stylu raviolo z wypływającym żółteczkiem, a tymczasem są to prostokąciki wypełnione musem z bobu, znajduję go także pod pierożkami, a to wszystko unurzane jest w maśle. Uwagę mam tylko do zbyt grubego i zbyt twardego ciasta, bo smak na talerzu zgadza się fenomenalnie. W ogóle oba dania główne to festiwal umami. Raja jest zwarta, delikatna, podana z puree z ziemniaków i choć nie mam już jakoś szczególnie miejsca, to z dużym zaangażowaniem podjadam z nieswojego talerza.

gdzie zjeść we wrocławiu

gdzie zjeść we wrocławiu

Wbrew pozorom wychodzi się stąd nieprzytomnie najedzonym i cieszę się, że nie zdecydowaliśmy się na menu degustacyjne, bo miałabym z przejedzenia noc z głowy. I tak ledwie mogłam złapać oddech.

Deser zamawiam ze zwykłej ciekawości, więc wcześniej dostajemy predeser, rzecz prostą a dobrą – porzeczki, kruszonkę i… crème fraîche, a jakże! A zaraz później podzielona na pół eklerka z nektarynką i kremem chantilly (28 zł). Totalnie nie mamy już na to miejsca, a biorąc pod uwagę, że eklerka jest twardawa – odpuszczamy lekką ręką, choć krem idealny.

gdzie zjeść we wrocławiu

 

Moje wrażenia z Menniczej są takie, że to jest dojrzała, poukładana kuchnia. Szefem jest tu Łukasz Budzik, świetny chłopak z dobrą energią, który jednak tego dnia dla nas nie gotował, gotowała Alicja Marcinkiewicz. Co w sumie jest doskonałym probierzem tego, jak poukładał zespół i jak radzą sobie bez nadzoru.

Mennicza mi pasuje, bardzo pasują mi smaki, bo mimo że lubią się tu bawić jedzeniem, to w ani jednym przypadku najważniejszy na talerzu produkt nie został przyćmiony przez dodatki, co niestety bywa dość powszechne i dla mnie jest informacją, że kucharz powinien jeszcze popracować nad warsztatem. Albowiem w jedzeniu nie chodzi o dyskotekę smaków, kolorów i struktur lecz o to, by nie zepsuć tego co dobre, a najlepiej tę dobroć jeszcze podbić. A to już trzeba umieć i mieć naprawdę wyrobiony smak. I tutaj to wszystko jest. Oraz dużo masełka.

Rachunek.

Magda

Info

fb
ul. Mennicza 24, Wrocław

Szef kuchni: Łukasz Budzik