Najpopularniejszy i najbardziej opiniotwórczy blog restauracyjno-podróżniczy w Polsce
CZYTASZ

Jak dobrze zjeść na urlopie – nasze sprawdzo...

Jak dobrze zjeść na urlopie – nasze sprawdzone patenty

Jeśli jesteś we frakcji, która jednak od czasu do czasu opuszcza hotel i jeszcze chciałbyś posmakować lokalnych specjałów, ale nie wiesz jak ten temat ugryźć – czytaj dalej.

1. Rozpoznaj teren. Pospaceruj, poczytaj menu, poprzyglądaj się. W turystycznych rejonach menu jest zazwyczaj wystawione przed restaurację. Jeśli w trzech pod rząd powtarza się ten sam repertuar, nieznacznie tylko różniący ceną – odpuść. Mój osobisty rekord to piętnaście knajp pod rząd, wszystkie z identycznym menu. Ale o tej wyspie będzie w innym poście. To nie będzie miły post.

2. Niemcy, Anglicy i cały ten jazz. Jeśli widzisz: pijanych, drących japy ludzi lub mecz na dużej plazmie lub specjalną ofertę z angielskim śniadaniem – uciekaj. W najlepszym wypadku zjesz tam syfiastego hamburgera lub jakiegoś gotowca. A czy naprawdę jechałeś taki kawał, żeby jeść syfiastego hamburgera?

3. Menu z obrazkami. Jeśli nie jest to Wietnam lub inny tego typu egzotyczny kierunek, w którym bez obrazka nie wiesz co zamawiasz – odpuść. Menu z obrazkami mówi tylko jedno: jesteśmy tu po to, żeby cię kiepsko nakarmić i policzyć za tę usługę jak za zboże. Bo jesteś głupim turystą, masz mózg zlasowany słońcem, lekką ręką wydajesz uciułane na te wspaniałe wakacje pod palemką miliony monet, a my je chętnie przyjmiemy. Nie wchodź tam, mówię ci.

4. Menu turystyczne/dla turystów. Z góry wiadomo dla kogo jest: dla tych, którzy i tak już nie wrócą. Nie wchodź tam. A jeśli musisz, nie zamawiaj menu turystycznego. To jest najgorsza i najtańsza pasza, na której da się zarobić najwięcej. Bo ty i tak już tam nie wrócisz.

5. Naganiacz. Jeśli ktoś cię usilnie namawia do zjedzenia posiłku właśnie u niego, używa takich słów jak „friend” i podsuwa pod nos menu z obrazkami, każ mu rwać na szczaw. I zaklinam cię – nie wchodź tam. To ten sam przypadek co oczko wyżej.

No dobrze, tu nie, tam nie i nie, i nie. Zatem gdzie?

IMG_1417

6. Pytaj lokalesów. Ich twoje zainteresowanie cieszy. Nie mam na myśli twojego rezydenta z hotelu, ani recepcjonisty, bo oni wyślą cię do knajpy, która odpala im działę. Pytaj lokalesów zupełnie przypadkowych. Kiedyś pisałam o knajpie na Capri, której sama bym nie znalazła, a nawet gdyby, to w życiu bym tam nie weszła. Polecił mi ją zagadnięty na ulicy autochton, który zmierzał właśnie z wędką na ryby. Na fakt, że nie był turystą wskazywały brudne spodenki, stare wiadro i kompletnie rozpieprzone klapki. Tak nie wygląda turysta na Capri, trust me. Wypatruj takich ludzi i pytaj gdzie chodzą zjeść z rodziną czy przyjaciółmi. To popłaca.

7. Zaglądaj przez okna. Oboje wiemy, że łatwo odróżnisz turystów zjaranych na raka, bo jeszcze nie ogarnęli kuwety, że tutaj słońce opala szybciej, od równomiernej, nabywanej dzień po dniu opalenizny autochtonów. Zaglądaj zatem przez okna i szukaj lokalesów. Jeśli ich stosunek do turystów wynosi 3:1 możesz wejść. Jeśli turystów zliczysz na palcach jednej ręki w ogóle się nie zastanawiaj, będzie dobrze.

8. Zejdź z głównych turystycznych szlaków. Niby banał, ale często się o tym zapomina. Czasem jedna przecznica od deptaku to już prawdziwie lokalny raj, czasem trzeba pójść dalej. Nie bój się włazić w małe, wąskie uliczki, penetrować zakamarki i płynąć pod prąd. Przy odrobinie szczęścia będzie ci to wynagrodzone posiłkiem, który ze wzruszeniem będziesz wspominać jeszcze długo.

9. Słuchaj intuicji. To opcja dla kobiet. Jeśli coś mówi ci: „Nie wchodź”, to nie wchodź. I odwrotnie. To naprawdę działa.

10. Czytaj internety. Jeśli masz trochę zacięcia do żarcia możesz się wcześniej przygotować. Raczej szukaj lokalnych blogów, opinii smakoszy i ekspertów. Posiłkowanie się dużymi portalami, gdzie największe osły mogą wypisywać swoje ośle opinie może cię wyprowadzić na manowce.

Nie musisz wprowadzać w życie tego ostatniego punktu, przecież wiem, że czytasz przede wszystkim o tych miejscach, które chcesz zobaczyć i już z tym masz pełne ręce roboty, choć dobrze jest wiedzieć chociaż podstawowe rzeczy, np. jaka jest flagowa lokalna potrawa. Prawda jest taka, że jeśli weźmiesz sobie do serca wszystkie pozostałe punkty, z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że zjesz smacznie, lokalnie i za przyzwoite pieniądze. I wychodź do ludzi. To popłaca zawsze, bo może wskażą ci nie tylko swoją ulubioną knajpę ale i piękną plażę, o której nie piszą w przewodnikach.

Magda


  • Pingback: Astoux et Brun - obłędne owoce morza /Cannes | Krytyka Kulinarna()

  • Pingback: Neptun - morska rozpusta /Piran, Słowenia | Krytyka Kulinarna()

  • Pingback: Wietnam - co i jak? | Krytyka Kulinarna()

  • Aleksandra

    A ja raz w Pradze zdesperowana weszłam do restauracyjki zachwalanej przez naganiacza (byliśmy strasznie głodni a ów pan nie był przesadnie namolny, więc zaryzykowaliśmy). I to był strzał w dziesiątkę, najlepsza zupa czosnkowa na świecie, fantastyczne knedliczki, przemiły kelner i Becherovka „na koszt firmy” 😉

    • Paweł Krystkowiak

      W Pradze akurat mam dwie knajpy, w których jem i jedną, do której chodzę na piwo. Są przeboskie, mimo że do jednej z nich zawsze „zaprasza” naganiacz 🙂 Różni są szefowie restauracji i niestety, różne mają pomysły. Co nie znaczy, że re knajpy są mierne.

  • Jakub Grabowski

    Co do identycznego menu – ostatnia wizyta w Italii, Piedmont – w każdym lokalu dokładnie to samo menu, od Alby po Barolo, 10 sztandarowych pozycji. Trafiliśmy akurat na „festiwal” alpejski wiec w każdym lokalu pełno śpiewających włochów, w każdym lokalu przepysznie i domowo. Tajarin i ravioli z szałwia nie mogą sie znudzić 😉

  • słowianka

    tradycyjnie szukam miejsc gdzie siedzą miejscowi

  • Sneer

    To prawda, tak właśnie jest,