Najpopularniejszy i najbardziej opiniotwórczy blog restauracyjno-podróżniczy w Polsce
CZYTASZ

Armenia, dziennik z podróży: wino z granatów, nied...

Armenia, dziennik z podróży: wino z granatów, niedźwiedzie oraz inne psoty

Na serio ruszamy w Armenię. Była zabawa, były tańce, był Erywań i jezioro Sevan. Jedzenie i picie jest cały czas. Ale teraz nasz najlepszy z kierowców, Vahag, zabiera nas w trasę.

Z różnych względów Armenia nie kapie bogactwem, ale bogactwo kultury, natury, serdeczności i gościnności Ormian sprawia, że nie chcesz już niczego więcej. Jednym z pierwszych przystanków jest potężna jaskinia Areni, w tej chwili zamknięta dla turystów z powodu wykopalisk. Powiedzmy, że mamy tu pewne fory, więc do jaskini wchodzimy. Każda kolejna warstwa wykopalisk odkrywa ślady życia sprzed trzech, czterech, pięciu tysięcy lat. I teraz pomyślcie, że cała wioska tutaj żyła – to będzie obraz rozmiarów tego miejsca. Robili swoje wino, na górze mieli własne winnice, tłoczyli oliwę, mieli piece – to będzie obraz zaawansowania tej społeczności. Jakiś czas temu znaleziono tu całkiem nieźle zachowany… but, datowany na 5,5 tys lat wstecz. A teraz sobie to wszystko imaginujcie.

Warto przejechać kawałek dalej Kanionem Noravank, absolutnie porywającym w swej urodzie, by na końcu drogi dotrzeć do położonego na szczycie jednej z gór klasztoru o tej samej nazwie. Myślę, że te widoki i zdobienia w kamieniu kompletnie Was zachwycą. Jest w tym wszystkim i pokora, i szacunek do swojej religii. Dopiero lekko przegryzamy się z Armenią, ale już wiemy, że to wyjątkowy kraj i wyjątkowi ludzie. A jemy w przydrożnej knajpce ulokowanej w jaskini, tuż nad rzeczką. Nie da się jej z niczym pomylić.

Po drodze zahaczamy jeszcze o winnicę Getnatoun, która produkuje m.in moje najprzeulubieńsze wino z granatów. Kocham je całym sercem i fajnie jest przybić piątkę z człowiekiem, który uszczęśliwia mnie za każdym razem, kiedy korek od tego wina robi w mojej kuchni słodkie, obiecujące miły wieczór „pyk”.

Będąc w Armenii dowiecie się, że wiele rzeczy jest tu najstarszych lub największych na świecie. I to prawda. Ale najpierw czeka nas przygoda. Tego dnia śpimy w Jermugu (czyt. Dżermugu), takim odpowiedniku naszej Krynicy Górskiej. Są tu wody lecznicze, cudowne góry, gorące źródła i zapierający dech w piersiach wodospad. Przesiadamy się więc w jeepa i ciśniemy do gorących źródeł. Przejazd jest naprawdę trudny i bez solidnego samochodu właściwie nie do zdobycia, chyba że pieszo (nie polecam – daleko). Taplamy się w bulgoczącym naturalnym jacuzzi, jemy arbuzy i zastanawiamy się, czy spotkamy niedźwiedzia. Podobno jest ich tu sporo.

Dużo wrażeń, a przed nami jeszcze więcej. Następny dzień witamy z pokorą kłaniając się przed przetaczającym się miękko po skałach wodospadem. Tu, tak dla odmiany, dotrzeć jest łatwo. Widok rzuca na kolana. Ale jeszcze wiele razy będziemy mieli się przekonać, że majestat przyrody w tej części świata jest obezwładniający.

Przez większość czasu poruszamy się Jedwabnym Szlakiem. Góry stopniowo z surowych zmieniają się w równie wysokie, ale o zdecydowanie łagodniejszym rysunku, jakby pokryte jedwabiem, miękkie wypiętrzenia. Tego określenia z jedwabiem używa Pavel, a ja mu je bez pytania kradnę, bo jest takie idealnie w punkt i dokładnie opowiada to, co widzimy.

Największą atrakcją tego dnia jest klasztor Tatev, do którego można dostać się najdłuższą na świecie kolejką linową (rekord Guinnessa z 2010 roku). Mówiłam, że jest tu dużo naj… rzeczy na świecie, prawda? I to jest absolutny czad. Kupujemy bilety, pakujemy się w wagonik i minutę po starcie otwiera się przed nami otchłań. Już sam przejazd kolejką jest wyjątkowym doświadczeniem, w pewnym momencie z góry widać stare budynki pustego już klasztoru, który z tym na górze, do którego zmierzamy, łączy tunel. Zawsze, ilekroć odwiedzam takie miejsca, myślę sobie o tym, jak heroicznym wysiłkiem zostały zbudowane. Sam klasztor emanuje spokojem, w którymś momencie ksiądz wychodzi do wiernych, wita się z nimi i prowadzi do kościoła na mszę. Myślę sobie, że to ładny zwyczaj.

My natomiast wsiadamy w starego, klimatycznego jeepa (dzień bez jeepa dniem straconym!) i jedziemy zobaczyć klasztor z innej perspektywy. Na tle gór, wsparty na skałach, wydaje się jeszcze bardziej nierealny. W oddaleniu od wszystkiego, w surowym, niezbyt przyjaznym dla wznoszenia jakichkolwiek budowli terenie, wysoko w górach.

Podpowiem Wam coś a propos jedzenia: w Armenii przyzwoicie lub dobrze zjecie wszędzie i nie musicie się o to martwić. Doskonale zjecie w sprawdzonych miejscach. Dobrym rozwiązaniem jest zamawianie jedzenia wcześniej i tak robiliśmy w kilku przypadkach, także tutaj. Wchodzisz, dogadujesz się co chcesz i idziesz zwiedzać. Wracasz po godzinie, a łakocie i witaminy wjeżdżają na stół. Co ciekawe, weszliśmy do knajpy, którą będąc sama, skreśliłabym z automatu – największej, tej na przeciwko górnej stacji kolejki. Abstrahuję od tego, że zamawianiu towarzyszyło 0,5 destylatu i kilka przekąsek w postaci lawasza, świeżych ziół, domowego sera i pomidorów. Daję Wam trop jak to robić, żeby być zadowolonym.

Chryste, jak oni nas karmią! Gotowane dzikie pstrągi, wyborny schab z kostką i dymnym, osmalonym tłuszczykiem na dwa palce, fasolka, warzywa, bakłażan pieczony za słoniną na szpadzie, tolma, kebab, domowe wino, znowu destylat… Oszaleć można! Tą metodą je się w Armenii. A co się je w Armenii, to dopiero za jakiś czas. Metodycznie przygotowuję dla Was listę typowych dla tego regionu potraw, o które należy pytać. My mamy dobrze, bo troje na troje z naszych przewodników mówi po ormiańsku, ale gdy ruszasz poza Erywań, to w większości przypadków dostajesz menu napisane robaczkami. I powodzenia. Dlatego chcę Wam dać ściągę, którą wydrukujecie, wrzucicie do walizki i załatwione. Ściągę, dzięki której spróbujecie prawdziwych miejscowych przysmaków, zamiast ograniczać się do „5 potraw, których musisz spróbować w Armenii”. No, kaman. A mnogość przysmaków jest tu wielka, zaprawdę powiadam Wam. Dostaniecie też namiary do Vahaga. Jeśli poznawać Armenię, to tylko z nim i tylko tak.

A teraz trzymajcie się krzeseł – następny odcinek z Górskiego Karabachu.

armenia

armenia

armenia

armenia

armenia

armenia

armenia

armenia

armenia

armenia

armenia

armenia

armenia

armenia

armenia

armenia

armenia

armenia

Magda

 


  • Czuć moc! I nie chodzi mi o % 😉 Też tak chcę… 🙂

    • Magda

      Jedź! Nawet się nie zastanawiaj, warto! 🙂

  • chciałbym móc znów umieć tak cieszyć sie życiem jak Magda

  • Kogel Mogel

    a czy mogę prosić o namiary do Vahaga? za ok dwa tygodnie będziemy w Armenii, chętnie skorzystamy 🙂 cudowna ta Twoja podróż. Czytam to wszystko i jeszcze bardziej się doczekać nie mogę swojej.

    • Magda

      Wiesz, nie chciałam tych informacji rodrabniać na kilka postów, bo później trudno byłoby je odszukać, więc w przyszłym tygodniu przygotuję taki mocno konkretny tekst z informacjami praktycznymi i numer do Vaha też będzie.

      • Kogel Mogel

        ach, a my jutro wylatujemy do Gruzji 🙂 ale będę szukała przez WIFI

  • Erynia

    W Armenii praktycznie z każdym dogadasz się po rosyjsku. Zamiast głowić się nad „robaczkami”, wystarczyło pokazać palcem pozycję na karcie (wiem, niekulturalnie) i zapytać (fonetycznie) „szto eta takoje”. Nieznającym tego języka, polecam rozmówki polsko-rosyjskie.

  • Kasia

    Od powrotu z Armenii w całej Warszawie szukam wina z Granatów i nic nie ma! (oprócz jakiegoś „aromatyzowanego” z USA). Magdo ratuj! Gdzie to można kupić?

    • Magda

      W Krakowie na Lipowej, w Warszawie bywa w Kafe Zielony Niedźwiedź 🙂